— Przez wiele lat walczyłam, żeby ojciec miał prawo wrócić do swojej rodziny. Teraz okazało się, że ten człowiek może być niebezpieczny dla kraju, który ja kocham. Chce przyłożyć rękę do faszyzmu i rasizmu. Chciałam dobrze, a być może zrobiłam coś bardzo złego... Mówię to pierwszy raz. Wcześniej się bałam — mówi w szczerym wywiadzie Ewa Waluś. Córka najsłynniejszego polskiego zamachowca tłumaczy, dlaczego ojciec jest dla niej obcym człowiekiem.
Wstrząsające słowa córki Janusza Walusia. "Ojciec chce przyłożyć rękę do faszyzmu" Marysia Zawada, Tomasz Mateusiak, Archiwum prywatne / East News
Szymon Piegza, Tomasz Mateusiak: Kocha pani tatę?
Ewa Waluś: Chyba jeszcze tak, ale to trudna miłość. Być może ocierająca się o syndrom sztokholmski…
Mordercę?
Ale to mój ojciec.
Który sam o sobie woli mówić "zamachowiec".
Wiem, bo to brzmi tak, jakby zabił dla jakiejś wyższej idei. Morderca brzmi brutalnie, jakby zabić tylko dlatego, że się kogoś nienawidzi.
Czyli dla pani jest zwykłym mordercą?
Zabił człowieka, z tym nie można polemizować ani tego usprawiedliwiać.
Janusz Waluś mówi, że "tego dnia", czyli 10 kwietnia 1993 r., nadarzyła się okazja, bo Chris Hani był sam, bez ochrony. Wyjątkowa okazja i musiał to zrobić.
Ale wykonując to zlecenie, musiał mieć świadomość, że może sam zginąć albo później zostać skazany na karę śmierć. Przecież wiedział, że ten zamach jest całkowicie nieprzygotowany, wręcz amatorski.
Wykonywał zlecenie, czyli był cynglem?
Tak, ale zaangażowanym. Wierzył w słuszność idei Partii Konserwatywnej w RPA. Przez pewien czas był też członkiem Afrykańskiego Ruchu Oporu, ale już nie w chwili zamachu. Uważał, że należy utrzymać podział rasowy. Jego zdaniem czarni nie powinni mieć równych praw z białymi.
Dalej tak uważa.
Tak, jest rasistą. Wtedy uwierzył, że on, biały człowiek z Polski komunistycznej, jest jednym z białych Afrykanerów.
Kiedyś w złości powiedziałam: "rozmawiałam z wieloma białymi z RPA i oni nigdy nie uważali cię za swojego. Dla Clive’a Derby-Lewisa, szefa Afrykanerskiego Ruchu Oporu, byłeś po prostu wygodnym cynglem". Strasznie go to zabolało.
Dlaczego Derby-Lewis właśnie jemu zlecił zamordowanie Haniegio?
Od jednego działacza tego ruchu usłyszałam, że ojciec był jedynym ideowcem w tej sprawie. On chyba faktycznie wierzył, że zabójstwo Haniego wywoła wojnę domową, wyprowadzenie policji i wojska na ulicę. Wierzył, że zablokuje zmiany w RPA, czyli utrzyma apartheid.
Ideowiec, który może oddać życie dla sprawy?
Postawił na szali nie tylko własne życie, ale też los całej naszej rodziny.
Powiedziała mu pani o tym?
Tak. Pytałam, czy zastanowił się, jakie skutki to morderstwo będzie miało dla nas, dla naszej rodziny.
I co odparł?
Powiedział, że w ogóle o tym nie myślał.
Tak po prostu?
Tak. Do tej pory uważa, że to były wyłącznie jego sprawy. Straszna nieodpowiedzialność. Okazało się, że byliśmy dla niego kompletnie nieważni.
To, że w 1993 r. ojciec poszedł do więzienia, zaważyło na całej mojej przyszłości. Przecież my staliśmy się "znani" na całą Polskę. Stałam się znana jako córka mordercy! Politycznego mordercy na zlecenie. Kogoś, który zabił z premedytacją innego człowieka na drugim końcu świata.
"Mój ojciec jest niebezpieczny dla kraju, który kocham. Chciałam dobrze, a być może zrobiłam coś bardzo złego."
Teraz wrócił, jest w Polsce i znów angażuje się w politykę.
Powiedziałam mu: wejdziesz w politykę, tracisz córkę i wnuczkę.
Nie posłuchał?
Myślę, że już dawno go straciłyśmy, tylko wcześniej po prostu nie zdawałam sobie z tego sprawy.
Kiedy to pani zrozumiała?
W kwietniu ubiegłego roku w RPA ostrzegłam go, żeby poważnie przemyślał, co chce zrobić ze swoim życiem na wolności. "Masz jeszcze kilka miesięcy, zastanów się" — tak dokładnie powiedziałam.
Co odpowiedział?
Żebym się nie łudziła, bo on ma już plan. Do momentu, gdy zaprosił do RPA posła Grzegorza Brauna, jednak jeszcze się łudziłam.
Z drugiej strony, ojciec nigdy nie zapewniał przez te wszystkie lata, że jak już go stamtąd wyciągniemy, to będzie z nami, że wybierze rodzinę.
Żałuje pani?
Na pewno wolałabym, żeby nie zaangażował się w politykę. Ale jeśli od dawna to wszystko planował, to zostałam przez niego zmanipulowana. A wtedy ciężko nie żałować.
Na pewno nie żałuję, że nie cierpi głodu i jego życie już nie jest w każdej minucie zagrożone. Żałuję, że swoją wolność wykorzystuje do szerzenia mowy nienawiści. W jakiś sposób czuję się za to współodpowiedzialna.
Poświęciła pani dużo czasu i wysiłku, by sprowadzić do Polski człowieka, który w wywiadach wprost mówi, że byłby w stanie powtórzyć zamach na swojego przeciwnika politycznego.
Przez wiele lat walczyłam o to, żeby mój ojciec miał prawo wrócić do swojej rodziny, do ojczyzny. Ale po powrocie okazało się, że ten człowiek może być niebezpieczny dla kraju, który ja kocham. Chciałam dobrze, a być może zrobiłam coś bardzo złego... Mówię to pierwszy raz. Wcześniej bałam się do tego przyznać.
Widzimy ten strach.
Ojciec stał się idolem narodowców, czyli ludzi, którzy wkrótce będą mogli zdecydować o wyniku wyborów prezydenckich albo parlamentarnych, i być może doprowadzą do tego, że prawica wróci do władzy. Tak, będę przerażona myślą, że przyłożyłam do tego rękę.
Przygotowywał się do tego, żeby wrócić do Polski jako bohater, męczennik narodowców?
On stał się ich bohaterem o wiele wcześniej. Były banery na stadionach, kartki z życzeniami i wsparcie finansowe. Nie wydaje mi się, żeby musiał się do tej roli szczególnie przygotowywać.
Pani zna Janusza Walusia, jak nikt inny.
Też tak myślałam, ale okazało się, że wcale go nie znam… To nie ja pojechałam po niego do RPA, tylko europoseł Grzegorz Braun.
Pani tam nie było?
Nie.
Dlaczego?
Bo nie chciałam występować w tym towarzystwie. Wszystko było ustalone: ochrona, loty, bardzo dobra współpraca z konsulem. Nagle zadzwonił asystent pana Brauna i powiedział, że oni chcą polecieć po ojca. Odpowiedziałam: "niech was ręka boska broni".
Następnego dnia dowiedziałam się, że ojciec ich zaprosił.
Znali się już wcześniej?
Tak. Braun to jego idol, ale poczułam się, jakby ktoś dał mi w twarz. Stwierdziłam, że skoro polityk jest ważniejszy, to ja nie lecę.
Ale jeszcze kilka lat temu sama występowała pani na jednej konferencji z Braunem... To właśnie wtedy Braun ogłosił Janusza Walusia "ostatnim żołnierzem wyklętym".
I proszę mi wierzyć, że gdy to usłyszałam, to pożałowałam, że tam poszłam. Pomyślałam sobie: Chryste Panie, ile jeszcze trzeba znosić, żeby zamknąć tę sprawę? To będzie kwestia, którą będę musiała pewnie długo wyjaśniać, bo nie zdawałam sobie sprawy, ile osób pomyli pomoc ojcu, z zaangażowaniem politycznym po stronie jego i Brauna, czy z podzielaniem ich poglądów.
Ma pani poczucie, że Grzegorz Braun wykorzystuje Janusza Walusia do własnej polityki?
Wykorzystał moment, w którym już wszystko było zorganizowane, by polecieć po niego do RPA. Później mówił, że to on przywiózł Janusza Walusia. Przyszedł na gotowe, w niczym nie pomógł, a jedynie przeszkadzał. Do niczego nie był tam potrzebny.
Czyli źle się stało, że wizerunek pani ojca pojawił się na polskich stadionach? Wiele osób dopiero wtedy dowiedziało się, kim jest Janusz Waluś.
Kibice Legii Warszawa założyli fanpage, na którym sprzedawali gadżety i wysyłali nam pieniądze, za które ojciec kupował w więzieniu konserwy. Potem do tej pomocy dołączyły inne kluby jak Raków Częstochowa czy Radomiak. Pieniądze były potrzebne również na obsługę prawną. Bez nich ojciec nadal byłby w więzieniu.
Niestety, ale zrobiłam sobie tym krzywdę.
Krzywdę?
Wiedziałam, że oni pomagają, bo widzą w ojcu bohatera. Ja zawsze podkreślałam, że powodują mną wyłącznie kwestie rodzinne i humanitarne. Krzywdą okazało się to, że mój przekaz dotarł do niewielu, a gros uważa mnie za osobę podzielającą jego poglądy.
Ewa Waluś szczerze o relacji z ojcem: dla mnie to obcy człowiek
Rozmawiała pani o tym z ojcem?
Po jego powrocie do Polski w ogóle nie rozmawiamy o polityce. Ja o jego poglądach i planach dowiaduję się z wywiadów.
Jak dziś wyglądają wasze rozmowy?
Ojciec nie mieszka z nami. Nie mieszka nawet blisko. Dzielą nas setki kilometrów. Rozmawiamy telefonicznie.
Pani prawie całe życie żyła bez ojca.
I właściwie to jest dla mnie obcy człowiek. Wyjechał w październiku 1981 r., tuż przed stanem wojennym. Miałam wtedy trzy latka.
Wy razem z mamą miałyście do niego dojechać?
Tak, ale zaraz wybuchł stan wojenny i kontakt stał się utrudniony. Wrócić do kraju było łatwo, ale wyjechać się nie dało.
Ojciec mógł wrócić?
Mógł, ale nie chciał. Kiedyś zapytałam go, czy rozważał powrót do nas. Powiedział, że nie, bo w Polsce jest... brzydka pogoda.
Ale może nie mógł? Musiał uciekać przed komuną?
Ależ skąd! To jest mit. Przed wyjazdem razem z dziadkiem i bratem prowadzili hutę szkła w Radomiu. Bardzo dobrze im się wiodło.
Chcieli spróbować w kraju, w którym gospodarka jest wolnorynkowa i nie ma zagrożenia, że z dnia na dzień stracą biznes. W Polsce istniało jednak takie zagrożenie. Oni się tego obawiali.
Młody Janusz Waluś w PRL-u był rajdowym mistrzem Polski. Mało kto mógł sobie na to pozwolić.
Mówiąc krótko: za komuny wiodło im się świetnie, dlatego ja te męki i cierpienia mojego ojca traktuję z przymrużeniem oka.
Nie wszyscy pamiętają, ale PRL to był taki dziwny system, w którym pieniądz nie miał żadnej wartości. Jak gdzieś stała kolejka, to się w niej ustawiało i kupowało, nieważne co. Ponieważ dziadek miał fabrykę, a towary schodziły na pniu, to można sobie wyobrazić, że żyli na poziomie nieporównywalnym do reszty obywateli.
Po zabójstwie Chrisa Haniego pani ojciec tłumaczył w sądzie, że nie walczył z człowiekiem, tylko z partią komunistyczną, bo dobrze wiedział, jak bardzo komuna była opresyjnym systemem.
Mnie to się kojarzy z narracją pana Jarosława Kaczyńskiego, który powiedział, że nie być internowanym w stanie wojennym było gorzej, niż być internowanym. On cały czas się bał, że zostanie zamknięty. A ojciec i dziadek bali się, że komuna skonfiskuje ich majątek.