Comment on
Tangerines in Leningrad
Reply in thread
Comment on
Tangerines in Leningrad
Reply in thread
Comment on
Tangerines in Leningrad
Reply in thread
The exact date of Maxim’s death is unknown. However, he survived the war and died in the mid‑1970s.
Comment on
Why do the NCR (New California Republic) troopers in Fallout: New Vegas wear the Vietnamese People's Army helmet?
Reply in thread
The NCR helmet, judging by the sound of the fall, is made of metal. a thin sheet metal bender.
Which is logical. In the wastelands, trees are scarce, but scrap metal is everywhere.
Comment on
How One Dog Saved 16 Humans
I'll add this. That 4-family house was demolished long ago, and a 2,000-unit apartment building was built in its place. However, those 16 people planted a Christmas tree in Trezor's grave. It still stands.
Comment on
Why do the NCR (New California Republic) troopers in Fallout: New Vegas wear the Vietnamese People's Army helmet?
Reply in thread
I guess it’s more rigid than a boonie? Might be a ballistic helmet with a pith covering?
It is made of compressed bamboo.
Comment on
What's wrong with the world map in Fallout 4?
Reply in thread
Federal Surveillance Center K-21B
https://fallout.fandom.com/wiki/Federal_Surveillance_Center_K-21B
The Brotherhood of Steel are such assholes. I'm exploring this bunker, finally reach the bottom, and find a terminal to look up the lore and history of this place, only to see... 'DATA EXPUNGED. Ad Victoriam.'
Comment on
Who do you think would win — the “Federals” (old government remnants) from Metro 2033 universe vs the Enclave?
Reply in thread
Judging by this footage, a group of soldiers with Kalashnikovs can take down power armor: https://www.youtube.com/watch?v=yiO8id3Supc
But yeah, the Enclave objectively surpasses the Federals in technology and logistics. Just remember how they crossed the entire USA from the west coast to the east coast on Vertibirds (2,500 miles). Meanwhile, the Federals barely managed to get from Omsk to Yekaterinburg (around 500 miles).
On the other hand, the Enclave is clearly inferior in numbers. In Fallout 2 (at the peak of their power), the Enclave’s total population ranged from about 1,000 to 1,200 people, including workers, politicians, and scientists.
Comment on
Who do you think would win — the “Federals” (old government remnants) from Metro 2033 universe vs the Enclave?
Reply in thread
According to Fallout lore, the NCR defeated the Brotherhood of Steel. Just regular infantry taking down an army of power-armored troops.
Plus, the Metro 2033 universe has some similar stuff too. https://metrovideogame.fandom.com/wiki/Exoskeleton
Comment on
The Federals. This is a faction from the Metro 2033 universe. Yes, they are mentioned once in the game (which is covered in the article), but they originate from the Metro 2033 book universe.
Reply in thread
«Metro 2033 Britannia»
Comment on
The Liquidation of Animals in Leningrad
Reply in thread
In my opinion, it's a five-round AVS-36. It's difficult to see in the photo.
Moreover, the Lend-Lease program for the USSR began after the Siege of Leningrad. Western weapons would not have been available there.
Comment on
Which country was the first to use Gauss weapons during the Anchorage Campaign?
Reply in thread
was asking about the Fallout universe lore. I know that according to the lore, the Gauss rifle was invented by Germany. Which side was the first to use it on the Anchorage front? In theory, it should have been China, using the Gauss rifle as a way to counter power armor. But in the simulation, I didn't see a single Chinese soldier with a Gauss rifle. Only on the posters.
Comment on
Metro 2033 Kraniec ziemi (Fanowskie tłumaczenie książki na polski)
Reply in thread
Rozdział 2.4
Mówiąc to, Gorin z uśmiechem spojrzał gościowi w oczy i biorąc czajnik, dolał mu do kubka wrzątku, trochę przesadzając i pryskając na dłoń.
– Tss, aj! – Rubacha zaczął rozcierać oparzoną rękę. – Pardone, chłopaki. Czy ja naprawdę tak głośno śpiewałem, że dzieciaki słyszały?
– Ty skurczybyku, tak się darłeś, że cię pewnie w Paratunce było słychać – pokręcił głową Żenia.
– No, I am sorry, no nie. Wezmę to pod uwagę na przyszłość.
– Dawaj, opowiadaj wreszcie – skrzywił się Andriej.
– No, to mówię – Rubacha w końcu usiadł przy stole, obejmując kubek dłońmi. – Stary Antifiejew wykitował, ale nie zostawił żadnych spadkobierców. No to my, jak to się mówi, zgodnie z ustawą o redystrybucji mienia i zasobów, zrobiliśmy inwentaryzację jego gratów. A tam, proszę was, brakuje siekiery, z pół setki naboi do dubeltówki, setki grotów do strzał, trzech kanistrów nafty… Ale co najważniejsze, prawie całe zapasy jedzenia na zimę wyparowały. Myślimy sobie: jak to? Zaczęliśmy przetrząsać sąsiadów. U jednego znalazło się całe to dobro. Sierdiukow, ta menda, okradł nieboszczyka. Krótko mówiąc – będzie sąd. No i według prawa jeden z was musi zasiąść w ławie przysięgłych.
– O prawach nie musisz nam przypominać. Sami je pisaliśmy – skinął Żarow. – Kiedy rozprawa?
– Pojutrze. Przyjadę po was, nie ma problemu. No to kto jedzie?
– Rozstrzygniemy to później – odparł Andriej po kolejnym łyku. – Opowiadaj dalej.
– Tak jest. No to dalej: wróciła ekspedycja z Paratunki. Ludzi tam, tak jak i dwa lata temu, nie ma. Ale z wodą mineralną wszystko w porządku. Nabraliśmy parę kubików. Przywieźliśmy wam trochę. Ale były tam ślady.
– Jakie ślady?
– Wyglądało na obozowisko. Grupa ludzi. Pewnie z wiosny. Ognisko, latryna. Przekoczowali parę dni i poszli dalej. Tak wynika ze śladów. Krótko mówiąc, jakaś garstka ludzi błąka się po wzgórzach. A może już zdechli, kto ich tam wie. U nas od dawna nie było nikogo obcego. Już z pięć lat minęło, odkąd ostatni pustelnicy z dalekich osad przenieśli się do nas.
– A czemu mieli stamtąd odchodzić? Miejsce jak z bajki, skoro z wodą wszystko gra. Może ich też niedźwiedź wystraszył? – zapytał Coj.
– Tam nie było śladów niedźwiedzia – westchnął Rubacha. – Ale były ślady innego zwierza.
– Jakiego „innego”?
– Tu nie mam pojęcia. Wszyscy drapią się w rzepę i snują domysły. Pewnie drapieżnik. I to wielki. A pazury ma takie… Ten nasz superniedźwiedź po prostu narobiłby w gacie na jego widok. No, w każdym razie Saprykin, ten nasz mętny naukowiec… pamiętacie go przecież? Ten, co przepowiedział dziury ozonowe i czerniaka od nich, i że plony padną. Jeszcze po tym zabroniliście wszystkim opalać się na plaży…
– Pamiętamy go, oczywiście – skinął Andriej. Nie było jasne, czy Rubacha tak dziwnie żartuje, czy jest po prostu głupkowaty. O ciemnych sprawkach kwartetu i Saprykina od dawna krążyły plotki, jeszcze z czasów likwidacji band. – No i co Saprykin?
– Buduje te swoje teorie o tych zwierzętach. Bardzo chce obejrzeć ślady naszego niedźwiedzia.
– Po co?
– Tamtego zwierza ślady widział, to chce je porównać. A o teoriach milczy jak zaklęty, stary pień. Mówi tylko: „za wcześnie na przedwczesne wnioski bez dostatecznego materiału empirycznego”. Słowo daję, te jego zawijasy frazeologiczne są gorsze niż moje czastuszki.
– Swoją drogą, też myślę, że trzeba wysłać dobrze uzbrojoną grupę i pójść tropem niedźwiedzia – powiedział Jewgienij. – A przy okazji go wykończyć. Bo jak będziemy na niego tu czekać, to trzeba wzmacniać warty, a to odciąga ludzi od roboty. I ile tak będziemy czekać? Rok, dwa?
– Dobra. To też rozstrzygniemy – westchnął Andriej. – A propos, Góra, co powiesz na udział w rozprawie? Przy okazji pogadasz z Saprykinem. Poznasz imiennika.
– Imiennika?
– On też ma na imię Jewgienij. Zapomniałeś? Co ty na to?
– Nie mam nic przeciwko – wzruszył ramionami Gorin.
– Zatem postanowione. Słyszysz, Rubacha?
– Co?
– Żenia Góra będzie sędzią z ramienia kwartetu. Jasne?
– Jasne.
– A co przywieźliście dzisiaj?
– Końskie włosie, zboże, suszone małże i puste plastikowe butelki. W niektórych jest woda mineralna.
– Dobra, lećcie z tym do naszego kwatermistrza. Odbierzecie, co się należy na wymianę.
– Jasna sprawa. – Akordeonista dopił herbatę wielkim haustem i machnąwszy ręką, wyszedł.
Sasza Coj odprowadził go wzrokiem i zmarszczył nos:
– A czemu tu tak szczynami śmierdzi, swoją drogą?
– No ile można o tym słuchać! – dobiegł poirytowany ryk z tej drewnianej budki. Głos należał do Nikity Wiszniewskiego.
– O, Nikitos, wróciłeś?! – ucieszył się Coj.
– Tak, do jasnej cholery. Wróciłem. Wywołuję filmy.
Dawniej w jednostkach wojskowych i w samym zakładzie znajdowały się ogromne rolki czarno-białej kliszy fotograficznej do użytku służbowego. Potem nastały czasy rozwiązywania jednostek, a później era fotografii cyfrowej. Ciężkie rolki stały się nikomu niepotrzebne. No, prawie nikomu. Niektórzy chorążowie marynarki mieli dziwny nawyk znoszenia do domu wszystkiego, co może się przydać w gospodarstwie – i wszystkiego, co się nie przyda, zresztą też. Lata po kataklizmie i pierwszym czasie chaosu, w garażu jednego z wojskowych emerytów (który później okazał się członkiem bandy i został zlikwidowany przez kwartet), znaleziono kilkanaście rolek, z których każda starczała na kilka tysięcy klatek. Nikita Wiszniewski od dziecka pasjonował się fotografią i uznał, że prowadzenie kroniki zdjęciowej ich nowego życia jest tak samo niezbędne jak spisywanie dziejów. Na szczęście stare aparaty analogowe też się znalazły. Z filmami nie było problemu, gorzej z papierem fotograficznym – tego nie było wcale. Chemikalia do wywoływania i utrwalania Nikita musiał wytwarzać sam. To właśnie skład tych domowej roboty odczynników był powodem charakterystycznego zapachu amoniaku.
– Co tam nafociłeś?
– Rybaczy, co by innego.
Żarow wskazał na stos papierów leżący na oddzielnym stole:
– Sania, nie zapomniałeś, że w tym tygodniu twoja kolej na spisywanie kroniki?
– Ach, no tak – westchnął Coj. – A co, Nikitos zdobył papier do tej roboty?
– Tak – skinął Andriej. – Opróżnił archiwum sztabu Drugiej Flotylli. Dokumenty są zadrukowane z jednej strony, druga jest czysta. Pisz na odwrocie i wpinaj. Tylko pisz mniejszymi literami, bo ty jeden dzień rozpisujesz na pięć arkuszy. Papier nie rośnie na drzewach.
– Dobra, już dobra, nie marudź. – Coj przesiadł się do innego stołu i otworzył segregator z opisanymi już wydarzeniami. – No to zobaczmy. Na czym skończyliśmy? Aha. Na złapaniu tego Kraszeninnikowa rano w zakładzie. Jasne.
Aleksander usadowił się wygodniej, postawił przed sobą kałamarz z wielkim białym piórem, jednak zanim zaczął pisać, zaczął studiować treść pierwszej kartki ze stosu papieru, który Wiszniewski przytargał z archiwów sztabu floty w Rybaczim. Pasję do czytania mieli wszyscy członkowie kwartetu. Czytali dosłownie wszystko, co wpadało im w ręce. Pewnego razu, w jednym ze starych drewnianych domów, który nadawał się już tylko do rozbiórki, odkryli, że pod warstwą tapet ściany są wyklejone gazetami jeszcze z lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Rozbiórkę wstrzymano, a kwartet przez wiele tygodni przychodził tam czytać artykuły z dalekiej, zamierzchłej przeszłości.
Przeczytawszy pierwszą stronę, Coj pociągnął nosem i chwycił pióro.
– Za siedmioma górami, za siedmioma lasami…
– Sania, bądźże poważny i rób to w milczeniu, co? – skrzywił się Żarow. – I postaraj się tym razem unikać słówek w rodzaju „frajer”, „cieć” czy „partacz o lewych rękach”. To jest kronika. Dokument dla przyszłych pokoleń…
– E tam, to było tylko raz. Trzy lata temu – odmachnął się Aleksander, zaczynając starannie kaligrafować litery na białej karcie.
Żarow wstał i zaczął przechadzać się po klasie, w zadumie pocierając podbródek:
– Słuchajcie, chłopaki, a kto zna tego Sierdiukowa?
– Tego, co będzie sądzony? Parę razy go widziałem – odparł Coj.
– Tak? I co o nim powiesz?
– Frajer, cieć i partacz o lewych rękach.
– Sania, ja pytam poważnie!
– A ja żartuję, Żar? Podły z niego człowiek. Złośliwy, chciwy, kłamliwy. Mam w ogóle wrażenie, że był w jednej z tych band, które wyczyściliśmy, tylko w porę zmienił barwy, czując pismo nosem przed naszą rewolucją. Chociaż… może go z kimś mylę…
– Twoje wrażenia to jeszcze nie powód do kary śmierci – pokręcił głową Andriej i w zadumie wbił wzrok w pistolet leżący na parapecie, który rano odebrał Kraszeninnikowowi. Z jakiegoś powodu nie dawały mu spokoju słowa wulkanologa o ludziach niezadowolonych z rządów kwartetu.
– A skąd nagle kara śmierci? – zapytał Coj.
– Zapomniałeś? Ukradł między innymi naboje. To oznacza, że ława przysięgłych wrzuci do losowania kar, które będzie wyciągał oskarżony, także karę śmierci.
– A pal go licho. Może wtedy wyplenimy takich Sierdiukowów?
– Jest nas zbyt mało, żeby szafować zasobami ludzkimi. A jak naprawimy okręt i zaczniemy rejs, będzie nas jeszcze mniej. Przez ostatnie parę lat przyrost naturalny jest dobry, ale zanim dorośnie nowe pokolenie… W każdym razie, Żenia…
– Tak – odezwał się Góra.
– Postaraj się, żeby łuska z wyrokiem śmierci nie trafiła do puli, którą będzie losował Sierdiukow. Niech lepiej odpracuje to na katordze. Zawsze to większy pożytek.
– Postaram się – skinął sennie Jewgienij. Po długiej, pełnej zadumy pauzie dodał: – Andriej, jeśli cię tak uwiera ta kara śmierci w naszym prawie, to może ją po prostu znieśmy?
– No tak, i zaraz wszyscy uznają, że zmiękliśmy, spuściliśmy z tonu i zrobiliśmy się sentymentalni – skrzywił się Żarow. – Niedoczekanie. Istnienie kary śmierci pozwala trzymać wszystkich w ryzach.
– A niechęć do jej stosowania sugeruje, że jesteśmy słabiakami – mruknął Coj.
– Poważnie, Żar – skinął Gorin. – Sam dzisiaj rano chciałeś sprzątnąć Kraszeninnikowa.
– Nie chciałem go zabić. Ale nastraszyć – to co innego. Strach stymuluje dyscyplinę. A dyscyplina to porządek.
Comment on
Metro 2033 Kraniec ziemi (Fanowskie tłumaczenie książki na polski)
Reply in thread
Rozdział 3.4
Aleksander kiwnął głową: – Możemy, oczywiście. Ale mamy samochody. A i tak rzadko ich używamy. Głównie po to, żeby gumy, zawory i tłoki nie stały bezczynnie i nie psuły się od przestoju. Konie i rowery są praktyczniejsze. Zresztą latem specjalnie się nie pojeździ, za to zimą skutery śnieżne są bardziej potrzebne. Więc po co nam ten „uaz”. – Rozumiem, chcecie, żebym został zastrzelony przez chłopaków z Wiluczyńska, kiedy się tam pojawię z kluczem francuskim… – Jesteś głupi, na serio – skrzywił się Coj. – Wiluczyńsk podlega Nadmorskiemu Kwarterowi. A więc i mnie. Jeśli ktoś ci coś powie, odpowiedz, że Sania Coj dał zielone światło. I tyle. Zresztą z tym samochodem nie będziesz miał ani czasu, ani powodu, żeby u nas kraść.
Aleksander wstał, odszedł od stołu i, stękając, wygiął plecy, rozciągając kręgosłup zdrętwiały od długiego siedzenia w jednej pozycji. Następnie wpatrzył się w ścianę koszar. Tam kawałkiem węgla już dawno temu utalentowana ręka Antonia narysowała coś w rodzaju społecznego graffiti. Rysunek przedstawiał łańcuch ewolucji. Neandertalczyk z maczugą, przed nim rzymski legionista. Przed legionistą średniowieczny rycerz, dalej grenadier z epoki wojen napoleońskich. Dalej piechur z czasów II wojny światowej, przed nim żołnierz ostatniej wojny, w pełnym oporządzeniu i… znowu neandertalczyk z maczugą.
– Zabawne – pokręcił głową Aleksander. – Trochę ponure, ale zabawne. – Ano. Rozbawiliśmy cały świat do łez. – A jednak jest tu jedna niedokładność. – Coj zrobił kilka kroków w stronę ściany z rysunkiem i wskazał ręką na finał ludzkiej drogi. Na ostatniego neandertalczyka z maczugą. – Mimo wszystko, nie staliśmy się tacy. – My nie jesteśmy całym światem, Sasza. – Pożyjemy, zobaczymy, Misza – mrugnął do niego Coj. – Dobra, zdrowia i spokojnej nocy. Kiedyś jeszcze wpadnę. – Spokojnej nocy – zamyślony odpowiedział Kraszeninnikow, odprowadzając wzrokiem odchodzącego gościa. Przez jeszcze jakiś czas siedział w zamyśleniu, przewijając w głowie odbytą rozmowę i próbując zrozumieć motywy przedstawiciela nadmorskiego kwartetu. Oczywiście, całym sercem pragnął mieć nadzieję, że ta wizyta była niczym więcej niż szczerą próbą nawiązania dobrosąsiedzkich relacji i zakończenia wzajemnej nieufności między kwartetem a trzema pustelnikami, mieszkającymi przy drodze łączącej dwie podległe temu kwartetowi społeczności. To byłoby wspaniale. Dobrosąsiedzkie relacje – to zawsze wspaniałe. I to zawsze coś, czego bardzo często brakuje. Jak bardzo tego brakowało światu, który się sam unicestwił, odczuli wszyscy, którzy przeżyli wschód tysięcy termojądrowych słońc. A Kraszeninnikow myślał jeszcze o tym, jaki może być teraz świat poza Półwyspem Kamczackim. Nie było żadnych wątpliwości, że poza ich zagubionym światem na krańcu ziemi, katastrofa przetoczyła się również niszczycielskim potokiem piroklastycznym. Przez wszystkie te lata nikt później nie widział na niebie smug kondensacyjnych samolotów. Żaden statek nie wpłynął do Zatoki Awaczyńskiej. Kiedy ludzie jeszcze próbowali utrzymywać w sprawności odbiorniki radiowe, łudząc się próżnymi nadziejami, i tak nie złapali żadnego wyraźnego sygnału. I jeśli zwróciłby wzrok w nocne niebo, tak jak Michał to zrobił teraz, to nie zobaczyłby wśród migoczących gwiazd żadnego spiesznie przelatującego jasnego punktu sztucznego satelity, które w dawnych czasach kreśliły niebo co minutę. Poza Kamczatką wszystko może być jeszcze gorzej niż tutaj. Na kontynentach jest mnóstwo miejsc gęsto zaludnionych. Są tam koleje żelazne, fabryki, duże lotniska, elektrownie. Wszędzie znacznie więcej celów niż tutaj, w rezerwowym zakątku Rosji. Być może użyto tam nie tylko broni jądrowej, ale czegoś bardziej wyszukanego. Rakiety i bomby, o których nawet nie słyszał. Michał wiedział z całą pewnością tylko jedno – liczbę głowic przeznaczonych dla Kamczatki i ich cele. Nie wiedział tego z logicznych wniosków. Źródło wiedzy było zupełnie inne. Ale Michał Kraszeninnikow nie chciał dzielić się tą swoją tajemnicą z nikim…
Antonio nadal przyglądał się magicznemu światłu, którym pełnia księżyca podkreśliła zbocza odległych wzgórz na przeciwległym brzegu zatoki, gdy nagle usłyszał za plecami miękkie kroki. W tym domu takie kroki mogły należeć tylko do jednej osoby.
– Nasz gość poszedł, Olivio – powiedział Quaglia, nie odwracając się.
– W takim razie dlaczego Michael do nas nie przychodzi?
Włoch oderwał wzrok od okularu i wyjrzał na podwórze. Michaił wciąż siedział przy stole, pogrążony w głębokim zamyśleniu.
– Może dlatego, że znowu się na niego gniewasz? – zapytał Antonio, odwracając się do Sobieski.
– Chcesz powiedzieć, że to znowu moja wina? – zmarszczyła brwi kobieta.
Quaglia uśmiechnął się:
– Ależ skąd, kochana.
– Boję się tych ludzi, Tony – szepnęła Olivia.
Odpowiedział jej westchnieniem i skinieniem głowy:
– Mówisz o kwartecie?
– Tak. Oczywiście, że o nich.
– Cóż. Obawianie się tych ludzi jest rozsądne w naszym położeniu. Ale nie dlatego, że są krwiożerczymi złoczyńcami. Jestem pewien, że tak nie jest.
– Więc dlaczego?
Quaglia znów pomyślał o dwóch wyspach w Cieśninie Beringa.
– Bo między nami jest lodowata woda zimnej wojny, którą ktoś kiedyś uczynił zbyt gorącą. Myślę, że nie musisz się ich bać. Michael znajdzie sposób, by poprawić z nimi relacje. Nie gniewaj się więc na niego. On robi to wszystko dla nas.
Sobieski milczała, patrząc w zadumie przez okno.
– Wszystko będzie dobrze, Olivio. Nie martw się. – Znów obdarzył ją swoim promiennym neapolitańskim uśmiechem.
– Skąd ta pewność?
– Może dlatego, że jestem potomkiem trojańskiej Kasandry? – uśmiechał się dalej Antonio.
Nie udawało mu się jednak poprawić nastroju Olivii.
– Dla Troi wszystko skończyło się bardzo smutno, drogi Tony – westchnęła.
– Pamiętamy ją po tysiącleciach i wszystkich naszych potwornych wojnach. To znaczy, że dla Troi nic się jeszcze nie skończyło. Chcesz rzucić okiem? – wskazał ręką na lunetę.
– Jest noc. Czy cokolwiek da się zobaczyć?
– Księżyc jest jasny jak nigdy dotąd. Chętnie dzieli się z nami swoim światłem. Spójrz.
Sobieski przywarła do okularu i niemal natychmiast przyznała przyjacielowi rację. Światła księżyca rzeczywiście wystarczało, by dostrzec szczyty i zbocza wzgórz, olbrzyma Awaczę i migoczącą rzęsę na powierzchni zatoki. To był zachwycający widok. Wulkan Awacza górował nad światem niczym drzemiący, zmęczony strażnik, za którego plecami lśnił rozsypany pył jasnych gwiazd. Jednak wystarczyło wspomnieć, że tam, na przeciwległym brzegu, było niegdyś miasto spalone w żarze wybuchu termojądrowego, by cały ten bajkowy obraz zmienił się w coś strasznego, mrocznego i groźnego. Dłoń Olivii, którą trzymała lunetę, drgnęła, przez co przyrząd przechylił się w dół. Teraz w okularze widać było tylko blask księżyca skaczący po leniwych falach sennej Zatoki Awaczyńskiej. Sobieski zaczęła ostrożnie unosić lunetę, by znów spojrzeć na wulkan, ale zatrzymała wzrok na przeciwległym brzegu.
– Tony…
– Co?
– Tam… coś… Tam coś jest…
– Gdzie?
Olivia odsunęła się od okularu:
– W Pietropawłowsku! Popatrz!
Quaglia zajął jej miejsce i po chwili powiedział:
– Nic nie widzę, Olivio.
– Przyjrzyj się uważnie!
– Właśnie to robię. Co niby mam zobaczyć?
– Czekaj… – Sobieski wróciła do lunety i znów przywarła do okularu. – Przekleństwo, przecież przed chwilą tam był.
– Co tam było, Olu?
– Tłumiony ognik. I poruszał się. Bardzo powoli, ale się poruszał. W Pietropawłowsku… – Odwróciła się od przyrządu i spojrzała na Antonia. – I to wcale nie był blask księżyca, Tony… Widziałam…
Gdzieś w osadzie nagle przeraźliwie i beznadziejnie zawył pies. A zaraz po nim kolejny. Po kilku sekundach słyszeli już nieznośny, mrożący krew w żyłach chór dziesiątek psów, które podchwyciły to wycie.
– Boże, co to jest? – wykrztusiła Sobieski.
Quaglia nie wiedział, co odpowiedzieć, gdy nagle do przerażającego, wielogłosowego wycia dołączył łopot mnóstwa skrzydeł. Jakby wszystkie ptaki, które drzemały w okolicy lub zajmowały się swoimi nocnymi sprawami, w jednej sekundzie postanowiły wzbić się w niebo, jak najdalej od ziemi.
Trwożne domysły już pukały do umysłu Antonia, gdy obrócił głowę w stronę zatoki i zobaczył, że odbite w wodzie światło księżyca nie kołysze się już powolnymi refleksami, lecz rozchodzi falami przybierającej rzęsy. Ostatecznym potwierdzeniem tego, co zaraz nastąpi, była stalowa kulka, która wyskoczyła z czajnika i z głośnym brzękiem wpadła do mosiężnej łuski. Urządzenie, które Antonio dzisiaj złożył i ustawił na spoczynku schodów, zadziałało…
– Olivio, uciekaj! – krzyknął Quaglia.
– Co?! Co się dzieje, Tony?!
– Biegnij na zewnątrz, natychmiast!!! – wrzasnął, chwytając za laskę. – Na mnie nie czekaj, dam sobie radę! To trzęsię…
W tej chwili cały świat zadrżał.
Comment on
Metro 2033 Kraniec ziemi (Fanowskie tłumaczenie książki na polski)
Reply in thread
Rozdział 3.2
Siedzący na parapecie Quaglia obrócił głowę i spojrzał na Sobieski. Jej twarz była sroga, wręcz pałała gniewem. Krok miała zdecydowany. Błyskawicznie przeszła przez wielkie pomieszczenie i wyrzuciła przez okno, o mało nie trafiając Antonia, dwie łyżki. Równie stanowczo zawróciła i skierowała się do swoich komnat.
Quaglia postanowił w żaden sposób nie komentować tego, co się działo. Po prostu uśmiechnął się, westchnął i pokręcił głową, po czym wrócił do majstrowania przy lunecie, nowych soczewkach, które zdobył Michaił, i statywie, który zmontował przy oknie. Pracę nad alarmem sejsmicznym już zakończył.
Jedna łyżka dźwięcznie uderzyła o stół. Druga o głowę Michaiła, po czym odbiła się i wbiła rękojeścią w sałatkę.
– Cóż za dobrobyt! – rozłożył ręce Aleksander. – Przecież ty żyjesz w raju. Czego nie zapragniesz, w tej samej chwili spada ci z nieba!
– Czuję, że Ola urządzi mi potem piekło – mruknął niezadowolony Kraszeninnikow. – Wy, nawiasem mówiąc, też chyba nie klepiecie biedy. Proszę, czerwony kawior. Całe wieki go nie widziałem.
– No, stary, nikt ci nie zabrania chodzić nad rzeki w czasie tarła i zbierać ryby oraz kawior. My właśnie tak robimy. Jak tylko zaczyna się tarło, wysyłamy ekspedycje nad Prorwę, Chołwowitkę i Krasną. To nie jest tak strasznie daleko. W jeden dzień dojdziesz. Kto ci broni? Kto zabrania? Ryb jest teraz mnóstwo. Nie ma przemysłu, który by je wytępił. Jesteśmy tylko my – garstka ludzi. A ptaki i niedźwiedzie znają umiar. Nie naruszają równowagi.
– Kto mi broni? – Michaił uśmiechnął się krzywo. – Niedźwiedź mi broni. Wy wysyłacie na połowy całe gromady ludzi. A ja chodziłem sam. To było w rezerwacie Chłamowitka. Wychodzę nad rzekę, a tam woda aż kipi od gorbuszy. Walą jak tsunami pod prąd. A wzdłuż brzegu niedźwiedzie. Z piętnaście sztuk. Walą łapami i wywalają ryby na brzeg. Też chcą zjeść coś pysznego. I co miałem zrobić? Udawać swojego, stanąć między nimi i łowić rybki? To ty jesteś podobny do niedźwiedzia. Ja niekoniecznie.
– Zwyczajne miśki to były?
– Zwyczajne. Żadne tam potwory, o których wszyscy tu opowiadają z trwogą.
– No, to przecież one są płochliwe, Misza.
– Dziesięciu ludzi to one się przestraszą. Ale ja byłem sam. Tylko czas straciłem i odcisków się nabawiłem.
– Dobra – Aleksander machnął ręką. – Jak nadejdzie jesień, zacznie się nowe tarło. Pójdziesz z naszymi grupami. Jedna trzecia połowu oczywiście dla nas. Ale reszta wasza.
Kraszeninnikow pokręcił głową z uśmiechem i dodał sceptycznie:
– No, jasne…
– Co, wątpisz? Niepotrzebnie. Coj powiedział – Coj odpowiada za swoje słowa.
– Ty, Sania, najwyraźniej nie wiesz, że twój kompan Żarow pod karą śmierci zabronił mi pojawiać się w waszych stronach. Czy jak?
– Oczywiście, że wiem, stary. Powiem ci nawet więcej… Dobrze zrobił. No, sam pomyśl. Jeśli będziesz łamał zasady i uchodziło ci to będzie na sucho, to wszyscy zaczną kłaść lachę na prawo i porządek. A przecież doskonale wiesz, ile nas kosztowało utrzymanie tutaj choćby pozorów cywilizacji. W dziurawym wiadrze nie utrzymasz wody. Tak samo w chaosie i anarchii nie utrzymasz norm ludzkiego bytu.
Kraszeninnikow westchnął, patrząc, jak jego kubek znów napełnia się mocnym płynem. Po doznaniach z pierwszego łyku nie miał ochoty ponawiać próby, ale uznał, że to doskonała okazja, by choć trochę naprawić relacje z kwartetem z Primorskiego. A przynajmniej z jednym z jego członków. Aleksander Coj zawsze wydawał się Michaiłowi bardziej prostoduszny niż cała reszta. Nie było w nim tej surowości, którą emanował Żarow. Nie miał w sobie tej nieprzeniknionej skrytości Gorina ani mrocznego wyobcowania Wiszniewskiego. Z tym Koreańczykiem było łatwiej. A nawiązanie poprawnych układów z kwartetem było Michaiłowi bardzo potrzebne. Można było różnie oceniać ich rządy i sposób, w jaki doszli do władzy, ale to oni ocalili społeczeństwo. Wycięli z niego potworne przerzuty, które pojawiły się błyskawicznie po upadku cywilizacji. Kraszeninnikow wielokrotnie zastanawiał się, jak on sam postąpiłby z liderami powstałych band i ich sługusami. Nie znajdował w swoim charakterze cech, które pozwoliłyby mu dokonać okrutnego i masowego mordu, nawet w imię ogólnego dobra. Ale co, gdyby nikt nie znalazł w sobie siły, by wziąć na barki ten ciężar? Być może teraz ci wszyscy ludzie byliby niewolnikami. Dzieci, jeśli w ogóle by się rodziły, wyrastałyby na niewykształcone, dzikie i okrutne bestie. Kobiety nie byłyby chronione surowymi prawami zakazującymi godzenia w ich cześć i prawo do samodzielnego wyboru partnera. Ciężarne nie miałyby tej oazy wypełnionej instrumentami muzycznymi, przyborami do robótek ręcznych i starym patefonem z mnóstwem płyt z kojącą muzyką – oazy, którą kwartet stworzył w budynku przedszkola, by matki nosiły swoje dzieci w spokoju i ukojeniu, a nie w strachu, że jakiś zwyrodnialec dla zabawy rozpruje im brzuchy. Teraz nikt nie umiera z głodu, bo wspólnota zawsze dba o zapasy. A jeśli ktoś ze względu na stan zdrowia lub podeszły wiek nie jest w stanie sam ich zgromadzić, wspólnota to uwzględnia i zbiera żywność także dla tych, którzy obiektywnie nie mogą poradzić sobie z tym zadaniem. Prawda o kwartecie z Primorskiego była taka, że wzięli na siebie ciężar, którego nikt inny nie odważył się udźwignić. I zgotowali bandom krwawą rzeź nie tylko po to, by zająć ich miejsce na szczycie piramidy pokarmowej, lecz po to, by uratować resztę. Co więcej, choć poczuli smak krwi podczas tamtej rewolucji, ta czwórka wcale nie wpadła w amok. Nie napawali się zabijaniem, choć Michaił nie wątpił, że jeśli w imię ich wizji wspólnego dobra trzeba będzie zabić znowu, nie zawahają się ani chwili.
– Myślę – ciągnął Coj – że prawa przetrwania ludzkości… Niepisane prawa, raczej na poziomie instynktów, wszędzie ustanowiły pewne twarde reguły, podobne do naszych. Tylko po to, by przetrwać i nie zatracić pamięci oraz wiedzy pokoleń. No, dawaj, przyjacielu, wypijmy za przyszłość.
Kubki głucho uderzyły o siebie, a bimber popłynął do przełyku. O dziwo, za drugim razem nie było to już tak obrzydliwe. I nowy pożar w gardle nie wybuchł.
– A ty, Sania, uważasz, że wszędzie są takie oazy życia z ocalałymi ludźmi i zachowanym dobrobytem?
– Dlaczego nie? – zdziwił się Coj. – Przecież my przeżyliśmy. A jesteśmy na takim odludziu. Jeszcze przed wojną wielu uważało nasz kraj za miejsce zapomniane przez Boga. I bardzo wielu marzyło, żeby stąd wyjechać gdzieś na ląd.
– W tym sęk, Aleksandrze. Kamczatka… Ten półwysep rozmiarami jest większy od niektórych krajów europejskich. A ludności na całej Kamczatce było nie więcej niż w prowincjonalnym mieście. No, ilu tu żyło ludzi? Trzysta tysięcy na cały ten ogromny półwysep? Trochę więcej? Ale ja z przerażeniem myślę, co działo się na przykład w Moskwie, gdzie było ponad dziesięć milionów ludzi, którzy znaleźli się w ogromnej kamiennej pułapce. W gruncie rzeczy w matni. A co działo się w regionach przygranicznych? A w innych krajach? A w gęsto zaludnionej półmiliardowej Europie? A w Chinach? W Indiach? A w ojczyźnie twoich przodków, w Korei? Północni i południowi rzucili się na siebie, żeby dobić tych, co ocaleli? Co z Ameryką?
– No, ty jeszcze Amerykę tę pożałuj, niech cię szlag! – zachmurzył się Aleksander.
U Michaiła nagle wszystko w środku zamarło od tych słów. Nie, on jednak nie znajdzie wśród miejscowych zrozumienia ani współczucia, jeśli dowiedzą się, że jego Olivia jest Amerykanką. To będzie wyrok śmierci. Nawet teraz najbardziej poczciwy i przyjazny z kwartetu nabrał wściekłości na samo wspomnienie o Ameryce.
– A dlaczego nie, Sasza? – zapytał cicho Kraszeninnikow. – Tam są przecież tacy sami ludzie jak my z tobą…
– Gówno prawda! To wszystko przez nich! – uderzył pięścią w stół Coj. – Olać Amerykę! To już gdzie na pewno wszyscy przeżyli, to w Australii. Oni byli najdalej od tych naszych porachunków. No, jeszcze w Nowej Zelandii. Ona jest obok Australii. I tam w ogóle jest bardzo pięknie…
– Byłeś w Nowej Zelandii? – zdziwił się Kraszeninnikow.
– Nie. Ale oglądałem film. „Władca Pierścieni”. Tam go kręcili. Pamiętasz, jakie w tym filmie są bajkowe krajobrazy?
– Nie – uśmiechnął się Michaił. – Nie oglądałem „Władcy Pierścieni”.
Aleksander wlepił w niego wzrok z otwartymi ustami.
– Stary… – westchnął ze współczuciem Coj – no, nieźle… Teraz przecież… Teraz przecież już nie obejrzysz…
– Nic to, przeżyję – machnął ręką Kraszeninnikow. – Ale rozumiem, że film ci się podobał?
– Oczywiście – skinął Aleksander. – Ulubiony film mojego dzieciństwa.
– A przecież ten film Amerykanie kręcili. I jeszcze waszą osadę czasami, żartem, nazywacie South Park. Prawda?..
– A co ty się tak do mnie przyczepiłeś z tymi Amerykanami?! – warknął Coj. – Też mi coś, adwokat diabła!
Mocno chwycił butelkę i dolał do kubków bimbru.
– Wypijmy za pokój na całym świecie – westchnął Kraszeninnikow, podnosząc swój kubek i zbliżając rękę do Aleksandra. Jednak Coj odsunął swój i patrząc nieprzyjaźnie Michaiłowi w oczy, powiedział po chwili pauzy:
– Zgodnie z rosyjskim zwyczajem trzeci toast pije się bez stukania. Na pamiątkę tych, których już z nami nie ma. Piję więc za wszystkich swoich bliskich. I jeszcze za miliony tych, których ci twoi Amerykanie obrócili w popiół.
Mówiąc to, Aleksander odchylił głowę i wlał w siebie całą zawartość kubka.
Michaił tylko trochę umoczył usta i pokiwał głową:
– Szczerze mam nadzieję, Sania, że masz rację. Że gdzieś daleko w Australii ludzie mają się dobrze. I w Nowej Zelandii. I mam nadzieję, że takich ocalałych miejsc jak nasze jest mnóstwo w całej Rosji. I w Europie. I cokolwiek byś nie mówił – w Ameryce Północnej. I w Południowej. I w Chinach. I w Japonii. Wszędzie są przecież ludzie… I w Afryce… Ale nie opuszcza mnie myśl, że sama Kamczatka, jej oddalenie i małe zaludnienie nas ocaliły. W globalnej wojnie jądrowej są tu tylko trzy cele. Nie ma tu więcej obiektów ani ludzkiego potencjału, żeby zrzucać tu więcej niż trzy głowice na cały ogromny półwysep.
Comment on
Metro 2033 Kraniec ziemi (Fanowskie tłumaczenie książki na polski)
Reply in thread
Rozdział 3.1
Cienie wydłużały się z zachodu na wschód. Wielcy, ponurzy żniwiarze w czarnych całunach z kapturami rośli każdego wieczora, gdy słońce opuszczało ten przytulny zakątek życia i kryło się za szczytami wzgórz, tonąc za niewidocznym horyzontem gdzieś daleko na zachodzie. Tylko resztki lodowca przy szczycie Awaczy lśniły w pożegnalnych promieniach słońca, którego nie było już widać. Nagle zrobiło się chłodno, co spocony po mozolnej pracy Michaił odczuł szczególnie dotkliwie. Narzucił na siebie starą, pozbawioną dawno rękawów kurtkę wojskową i wrócił do pracy, majstrując przy samochodzie, póki resztki dziennego światła pozwalały jeszcze nie męczyć wzroku. Na trzecim piętrze koszar Antonio Quaglia majstrował ze starego czajnika, kulek łożyskowych i mosiężnej łuski urządzenie zdolne obudzić ich przy najmniejszych wstrząsach ziemi. Ustawiwszy przyrząd na stoliku, lekko go pchnął. Potem jeszcze raz. I kolejny. Dopiero po piątym, silniejszym pchnięciu, stalowa kulka wysunęła się z dzióbka czajnika i z głośnym brzękiem wpadła do łuski. Tak być nie może. Alarm musi zadziałać już przy pierwszym wstrząsie, inaczej może być za późno i obudzą się nie od uderzenia kulki o łuskę, lecz od łomotu walących się ścian i sufitu. Rozebrał swoje urządzenie w poszukiwaniu usterki, którą należało naprawić.
Olivia siedziała na ławce obok małego kurnika, który Michaił i Antonio zbudowali na tyłach koszar wiele lat temu. W żelaznej misce mieszała obrane orzeszki cedrowe, zmielone rybie ości, trawę, ziarna owsa i obierzyny z gotowanych ziemniaków. Powstałą masę starannie rozgniatała obuchem siekiery. Potem znów mieszała. Kury patrzyły na nią przez oczka siatki, niecierpliwie poszukując głowami i wyczekując bliskiego już karmienia.
Michaił westchnął ze zmęczeniem, odłożył klucz płaski i podrapał się prawym ramieniem o ucho. Musiał odpocząć. Odchylił głowę, wpatrując się w niebo, i zobaczył ogromnego bielika olbrzymiego, kołującego wysoko na niebie z rozpostartymi potężnymi, czarnymi skrzydłami o jaskrawobiałych barkach. Tam, w górze, drapieżnik wciąż mógł napawać się ciepłymi promieniami słońca, które opuściły już dno ogromnej niecki wypełnionej wodami Zatoki Awaczyńskiej i nadbrzeżnymi wzgórzami.
– Masz szczęście, ty cholerna kuro – westchnął z tęsknotą Michaił, patrząc na spokój i majestat bielika…
Antonio złożył poprawione urządzenie, ustawił na stoliku i lekko je pchnął. Stalowa kulka natychmiast wyskoczyła z dzióbka czajnika i załomotała w łusce, co sprawiło, że twórca z satysfakcją pokiwał głową i uśmiechnął się…
Olivia napełniła karmnik przygotowaną mieszanką, zamknęła siatkowane drzwiczki kurnika i wzdrygnęła się na dźwięk grubego, niskiego głosu za plecami:
– Dobry wieczór!
Gwałtownie się odwracając, Olivia z przerażeniem wypuściła powietrze i cofnęła się, widząc barczystego osiłka w czarnym ubraniu, z czarną bandaną w czaszki i czarną brodą zaplecioną w warkocz. Za plecami Aleksandra Coja stało dwóch młodych ludzi uzbrojonych w automaty. Sobieski doskonale wiedziała, kogo ma przed sobą. Wizyta jednego z członków kwartetu z Primorskiego, w dodatku z uzbrojoną eskortą, nie wróżyła w jej myślach niczego dobrego. Tym bardziej po nocnym wypadzie Michaiła do ich osady.
– Czego pan chce? – zapytała z niepokojem w głosie i natychmiast skrzywiła się, czując, jak bardzo nieprzyjemnie przerażony był jej głos w tej chwili. Sądziła bowiem, że u takich dzikich bandytów podobny strach i błagalny ton przynoszą wręcz odwrotny skutek.
– Olu, nie bój się. Gdzie jest Misza? – nieproszony gość wciąż się uśmiechał.
– Po co wam Misza? – Olivia spięła się jeszcze bardziej.
– Po prostu. Pogadać.
– O czym?
Coj nadął policzki i wypuścił powietrze, przewracając oczami.
– O tym i o owym. – Następnie, lekko obracając głowę, skinął swoim towarzyszom: – Chłopaki, wy idźcie do domu. Nastraszyliście damę, nie widzicie?
– Ale przecież… zakazał pan teraz chodzić pojedynczo i bez broni przez tego niedźwiedzia – zaprotestował jeden ze strzelców.
Aleksander sięgnął ręką za plecy i wyciągnął z pokrowca przyszytego do skórzanej kurtki obrzyn dwulufowej strzelby myśliwskiej.
– Poradzę sobie, chłopaki. Idźcie.
– No ale… Żar będzie się potem wściekał…
– Teraz ja będę się wściekał, do cholery. Idźcie do domu!
– Jasne – uzbrojeni towarzysze Coja oddalili się. Aleksander schował obrzyn do pokrowca i ponownie zwrócił się do Olivii:
– No i co, gospodyni, tak lepiej?
Zza sterty starych karoserii samochodowych, których w okolicach koszar było pełno jeszcze od czasów przedwojennych, wyszedł Kraszeninnikow. W dłoniach ściskał długą włócznię z żelaznym, ząbkowanym grotem.
– Po co tu przyszedłeś?
– Chłopaki, co wy tacy niegościnni? – Coj rzucił pod nogi Michaiła worek marynarski. – Właśnie tak zaczynały się wszystkie wojny. Ja z pozdrowieniem – wy z włócznią.
– Co to jest? – Michaił ponuro poruszył ostrzem.
– Własnego worka nie poznajesz, czy jak? – parsknął Aleksander, gładząc brodę-warkocz. – To twoje, prawda? Jest tam trochę gratów, które zabrał ci Żar. Nie wszystko, jasna sprawa. Ale postanowiłem oddać ci przynajmniej połowę.
– A skąd nagle taka wielkoduszność? – Michaił zmrużył oczy nieufnie.
– Słuchaj, stary, po co tak się przewiercamy wzrokiem jak jacyś kowboje na Dzikim Zachodzie, co? Może zaprosisz do środka, posadzisz przy stole i pogadamy jak sąsiedzi?
– Mam dużo pracy.
– Zmierzcha już. Pora odpocząć od trudów. Ja też nie jestem leniem, a jednak wygospodarowałem dla ciebie czas.
– Nie prosiłem o to.
Coj pokręcił głową i mruknął:
– Nawet tak? No cóż. Znaczy, że tego nie potrzebujesz…
Pochylił się nad workiem i od razu zrozumiał, że osiągnął zamierzony efekt.
– Dobra, chodźmy – mruknął niechętnie Michaił.
Na placu przed wejściem do koszar wiele lat temu ustawiono duży drewniany stół z ławami z bali. To właśnie przy nim usiedli Coj i Kraszeninnikow. Wieczór już w pełni zapanował nad okolicą, a półmrok spowił świat. Ostatnie promienie słońca czepiały się już tylko szczytu Awaczy, barwiąc go brązowym blaskiem, podobnie jak spody rzadkich chmur.
Antonio już dawno zauważył gościa. Kiedy usiedli przy stole, wystawił przez okno dużą lampę naftową, która natychmiast zwabiła chmary komarów.
– Siema, Kuba! – machnął ręką Aleksander, dostrzegając w oknie drugiego mieszkańca środkowych koszar. – Schodź na dół, zjemy kolację!
– Już jadłem. Dziękuję – odparł z góry Quaglia.
– Nie mamy tylu zapasów, żeby karmić gości – powiedziała surowo Olivia, krzyżując ręce na piersi.
– Wcale nie zamierzałem was wyjadać – uśmiechnął się Coj, wyjmując zawartość swojej torby na stół. Były to dwie niewielkie butelki. W jednej znajdował się jakiś mętny płyn, w drugiej, zdaje się, sok z brzozy. Potem pojawiło się kilka ziemniaków pieczonych w żarze, słoik sałatki z pokrzywy, czosnku niedźwiedziego, szczawiu i gotowanych jajek. Szklany słoiczek czerwonego kawioru, w który Kamczatka obfitowała niczym inne strony w jagody. Następnie na stole wylądował filet z łososia. – Siadaj z nami, gospodyni. Spróbuj smakołyków.
– Nie jestem głodna – rzuciła Sobieski i skierowała się do budynku.
Sasza odprowadził ją wzrokiem, gładząc palcami brodę, po czym cicho powiedział:
– Och, te baby. Bez nich ani rusz. Ale jak zaczną pokazywać te swoje fochy, to tylko się powiesić, co? – mrugnął do Michaiła. – Zadałem się z jedną tutaj. Oksana. Uh… ogień, po prostu!
– Więc po co przyszedłeś? – zapytał obojętnie Kraszeninnikow. – Za zwrot paronitu i całej reszty oczywiście dziękuję. Ale czego chcesz w zamian?
– Czy powiedziałem, że chcę czegoś w zamian? Choć, być może, chcę. Na przykład, żebyś się ze mną napił. – Coj otworzył półlitrową butelkę z mętnym płynem.
Kraszeninnikow prychnął:
– Bimber? Myślałem, że zakazaliście pędzenia bimbru we wspólnocie.
– Myliłeś się, stary – odparł Aleksander, rozlewając ostro pachnący płyn do stojących na stole kubków. – Nie zakazujemy bimbru. Zakazujemy pijaństwa. Dlatego surowo regulujemy produkcję tego nektaru. I pilnujemy, żeby w jednych rękach nie było go tyle, by właściciel tych rąk mógł paść bez pamięci. A do celów medycznych i dla utrzymania formy w święta czy zimowe mrozy… tego nie zabraniamy. Jestem od ciebie młodszy. Innych mocnych trunków nie znam. Ale ty pewnie pamiętasz koniaki, wina i wódeczkę. Co? Miałeś z dwadzieścia pięć lat, jak wszystko walnęło? Więcej?
– Nie przepadałem za alkoholem.
– Przecież i ja nie przepadam. No co tak patrzysz, to raptem po dwieście pięćdziesiąt kropel na brata. Cóż to za pasja. Do tego to dobra bimbrownica, uwierz mi. Moja Oksanka pędziła. A babskie ręce, sam wiesz, niby delikatne do upojenia, ale niektóre rzeczy potrafią zrobić ostre… – mówiąc to, Coj wybuchnął śmiechem.
Michaił w odpowiedzi nawet się nie uśmiechnął. Wciąż patrzył badawczo na gościa. Aleksander westchnął i pokręcił głową:
– No cóż. Ciężki przypadek. No to co, pijemy? – uniósł swój kubek.
– Za co pijemy? – Kraszeninnikow objął dłonią swój.
– Na początek wypijmy za zrozumienie.
– No cóż, zrozumienie na pewno nam nie zaszkodzi.
Stuknęli się kubkami i wypili.
Michaił ciężko sapnął, kręcąc głową i z przerażeniem myśląc, że w jego ustach znalazła się wulkaniczna lawa. Gorączkowo zagarnął dwoma palcami garść jaskrawopomarańczowych ziaren kawioru i natychmiast je zlizał, by jakoś uśmierzyć magmową ognistą burzę, grożącą spopieleniem gardła i języka.
Tymczasem Coj nawet się nie skrzywił po opróżnieniu kubka. Pociągnął tylko nosem i powąchał końcówkę swojego warkocza z brody. Potem, patrząc, jak Kraszeninnikow zlizuje z palców czerwony kawior, pokręcił głową:
– Słuchaj, stary, czy ty w ogóle masz łyżki w gospodarstwie?
– Ola! Daj nam, proszę, parę łyżek! – krzyknął w stronę koszar Michaił, wciąż się krzywiąc i wydychając powietrze, a zarazem dziwiąc się, że nie bucha z niego ogień.
Comment on
Metro 2033 Kraniec ziemi (Fanowskie tłumaczenie książki na polski)
Reply in thread
Rozdział 3.3
Aleksander nagle przestał przeżuwać zagryzkę i wlepił wzrok w Kraszeninnikowa.
– Jak powiedziałeś? Trzy głowice?
– No tak. W bazę łodzi podwodnych, w Jelizowo i w Ust-Kamczack.
Przed oczami Aleksandra nagle stanęła ta sama kartka papieru z pieczątką „tajne”. Rakieta „Minuteman” z trzema głowicami. Rybaczy, Jelizowo, Ust-Kamczack… Czy to nie dziwne, że ten prosty wulkanolog z Pietropawłowska, mieszkający kiedyś przy ulicy Vitusa Beringa, dokładnie odtworzył to, co było na stałe wryte w starą kartkę tajnego dokumentu znalezionego w sejfie sztabu bazy atomowych łodzi podwodnych?
– Skąd wiesz, ile dokładnie ładunków i w jakie dokładnie cele miało uderzyć?
Kraszeninnikow na chwilę znieruchomiał. Nie mógł nie zauważyć dziwnej reakcji Aleksandra.
– Nie wiem – Michaił wzruszył ramionami z roztargnieniem. – Po prostu… Tak przypuszczam… No bo co tu jeszcze bombardować, Sania? Dolinę Gejzerów? Kluczewską Sopkę? Były tu łodzie i zakład. W Jelizowie superszybkie wysokościowe myśliwce przechwytujące. W Ust-Kamczacku też był garnizon wojskowy, tam mogły zawijać te same łodzie z Morza Beringa. Znacznie bliżej niż do nas. Więc…
– Cóż, to logiczne, oczywiście – westchnął Aleksander. – Ale bomba wybuchła całkiem blisko nas. Graliśmy wtedy z chłopakami w „kwadraty” na szkolnym podwórzu. Piłka pękła od samego błysku. Na Nikicie zapaliło się ubranie. Do dziś ma blizny po oparzeniach na ramionach i plecach. A jednak przeżyliśmy. Nie ma promieniowania. Zmiany klimatu były tylko na samym początku, a i te okazały się przejściowe. Są wprawdzie jakieś tam dziury ozonowe, ale chyba nieczęsto nad nami wiszą. Dlaczego więc w innych miejscach miałoby być gorzej?
– Nie mówię, że musi być gorzej. Staram się analizować na podstawie faktów. Wszędzie tu są wzgórza. Przy tym na Kamczatce jest dużo opadów. Deszcze, a wiosną topniejące śniegi po prostu zmywają nasze wzgórza. I to wszystko spływa do zamkniętych dolin u podnóża, gdzie zostaje promieniowanie, albo – jak w naszym przypadku – ucieka do zatoki i po prostu rozpuszcza się w miliardach litrów wody Pacyfiku. Co więcej, nasz półwysep ze względu na rzeźbę terenu i położenie geograficzne ma bardzo specyficzne wiatry. Wieje z centrum Kamczatki w stronę Morza Ochockiego i Oceanu Spokojnego. Nasz zapomniany przez Boga, zagubiony świat jest o tyle niezwykły, że potrafi się bardzo szybko regenerować. Wulkany nauczyły go odradzać się po każdej potężnej erupcji. Dlatego nie ma tu promieniowania. Dlatego ryb jest mnóstwo. A wzgórza są bogate w roślinną żywność i mogą nas żywić jeszcze przez tysiące lat. Żyjemy. I nie ma żadnych mutantów…
Coj zaśmiał się: – Mutanty… To tylko w książkach i w filmach…
– A tamten niedźwiedź? Ci, którzy widzieli ślady, mówią, że jest ogromny.
– No cóż, a czegoś ty chciał? Dawniej jedynym rywalem i wrogiem niedźwiedzia był tutaj człowiek. A teraz ludzi jest tylko garstka. Jedzenia pod dostatkiem. No to się podpasł…
– Od nadmiaru jedzenia robią się tłuści, ale nie wielcy – pokręcił głową Kraszeninnikow.
Coj pogładził swój wydatny brzuch i skrzywił się: – Do czego ty pijesz, ty chudy drągalu?
W głosie Aleksandra nie było słychać groźby ani urazy. Raczej autoironię. Zrozumiawszy to, Michaił wybuchnął śmiechem.
Wisząca w oknie trzeciego piętra lampa oświetlała ich mdłym blaskiem i pozwalała Antonio kontynuować pracę nad lunetą i statywem. Wciąż siedział na parapecie, nieustannie coś dokręcając w lunecie i zamieniając miejscami soczewki, pragnąc osiągnąć zamierzony efekt. Rzecz jasna słyszał całą rozmowę toczącą się na dole i rozumiał, że w gruncie rzeczy Michaił miał rację, przekonując jego i Olivię, iż kwartet z Primorskiego nie jest tak straszny, jak się wydaje. Dobroduszną i wrażliwą Olivię niełatwo było do tego przekonać. Jeśli chodzi o Antonio, nie zaprzątał sobie on zbytnio głowy ocenianiem działań kwartetu. W każdym razie zgadzał się, że ta czwórka jest o niebo lepsza od tamtych watażków, z którymi się rozprawili. Pozostawał jednak jeden fundamentalny problem. Jeśli dobrą Olivię tak trudno przekonać, że czterej lokalni przywódcy wcale nie są złoczyńcami i tyranami, mimo iż osobiście nie zrobili jej nic złego, to jak przekonać ową czwórkę i pozostałych ocalałych, że pewna Amerykanka i pewien Włoch wcale nie są ich wrogami, a Rosjanin, który przez te wszystkie lata się nimi opiekował, nie jest zdrajcą?
Neapolitańczyk, wychowany u stóp mrocznego Wezuwiusza, od dzieciństwa żywił głębokie przekonanie, że jeśli coś ma się wydarzyć – wydarzy się. Z tym wiązało się jego oczekiwanie na nieuchronną erupcję najsłynniejszej włoskiej góry. Wiele lat później, w przededniu ogólnoświatowej katastrofy, obserwował, jak cały świat powoli, lecz nieubłaganie zalewa pandemia szaleństwa. Kulisowe gierki reżimów o różnym stopniu niemoralności, narastające wszędzie problemy społeczne i gospodarcze, ucieczka od rzeczywistości w religijny fanatyzm oraz nienawiść milionów wydziedziczonych do niesprawiedliwego świata, w którym przyszło im żyć, musiały doprowadzić do katastrofy straszniejszej niż jakakolwiek erupcja Wezuwiusza. Tak też się stało. I Antonio Quaglia rozumiał, że pewnego dnia miejscowi dowiedzą się, iż on wcale nie jest obywatelem tak lubianej tu przez wszystkich Kuby, a Olivia wcale nie pochodzi z cichego, spokojnego kraju o baśniowej nazwie Finlandia. I co się wtedy stanie? Antonio nie miał jasnego pojęcia, kto pierwszy nacisnął guzik. Rozumiał jedno – świat był tak przesiąknięty wzajemną nieufnością, wrogością i po prostu prochem, że o losach globu mógł zadecydować jeden jedyny oficer przy pulpicie sterowniczym dowolnego kraju posiadającego rakiety balistyczne. Napięcie owego oficera po tym wszystkim, co mógł przed służbą zobaczyć i usłyszeć w telewizji, przeczytać w gazetach czy dojrzeć w co sekundę eksplodującym zmyślonymi sensacjami internecie, mogło być tak wielkie, że każdy błędnie zinterpretowany sygnał na ekranie radaru… każde rutynowe mignięcie światła w bunkrze… każda drobnostka mogły uruchomić nieodwracalną reakcję łańcuchową w działaniach człowieka, któremu – jak wiadomo od starożytności – błądzić jest rzeczą ludzką…
Wszystko mogło potoczyć się właśnie tak, lecz każdy naród wyznaczył winnych jeszcze zanim ta globalna zbrodnia została dokonana. To oznaczało, że on i Olivia będą tutaj zgubieni, gdy prawda w końcu wypłynie na powierzchnię niczym mroczny, czarny okręt podwodny. Tak samo jak każdy z tutejszych byłby zgubiony, gdyby znalazł się teraz w Ameryce pośród Amerykanów.
Wrogość tych dwóch gigantów, USA i Rosji, zawsze zdumiewała go swoim bezsensem. Ale jeszcze bardziej zdumiewało go to, że większość mieszkańców obu krajów nie miała pojęcia, jak blisko siebie się znajdują. Nie chodziło tylko o to, że są do siebie podobni, śmieją się z tych samych żartów, cieszą tymi samymi radościami i odczuwają gorycz oraz ból z powodu tych samych nieszczęść… Nie, nie tylko o to. Chodziło o to, że poza Kanadą i Meksykiem, krajem położonym najbliżej USA była właśnie Rosja. Gdyby teraz ruszyć w drogę wzdłuż wschodniego wybrzeża Kamczatki na północ, to po wielu milach dotarłoby się na Czukotkę, do jej najdalej wysuniętego punktu – Przylądka Deżniowa. Stamtąd do amerykańskiego brzegu jest mniej niż dziewięćdziesiąt kilometrów. To już mniej niż odległość z Florydy na Kubę. Ale nawet to nie jest najmniejszy dystans. Tam, w mroźnej Cieśninie Beringa, leżą dwie wyspy. Rosyjska Wyspa Ratmanowa i amerykańska Wyspa Krusensterna. Albo, jak się je inaczej nazywa, Duża i Mała Diomeda. Pomiędzy nimi cieśnina ma zaledwie cztery kilometry szerokości. To znacznie mniej niż stąd na przeciwległy brzeg Zatoki Awaczyńskiej, gdzie niegdyś leżał Pietropawłowsk Kamczacki. To nawet o kilka metrów mniej niż stąd do bazy łodzi podwodnych w Rybaczim. Czy wielu Amerykanów i Rosjan wiedziało, jak blisko siebie mieszkają? Zaledwie cztery kilometry zimnej, lodowatej wody…
Myśląc o tym, Antonio wpatrzył się w okno. Świat spowity nocą nie był całkiem ciemny. Sylwetki wzgórz nakreślały upiorne, srebrzyste aureole, szczególnie jaskrawe na resztkach lodowców Awaczy. Pełnia księżyca zdawała się posypywać Kamczatkę magicznym, lśniącym pyłem. Unieruchomiwszy lunetę na statywie, Quaglia przywarł do okularu, kierując zewnętrzną soczewkę na szczyt wulkanu…
– A jednak, Sania, wciąż pozostaje dla mnie zagadką, po co właściwie przyszedłeś.
Kraszeninnikow i Coj kontynuowali rozmowę. Bimber, na szczęście, się skończył. Niestety skończył się też kawior. Było oczywiste, że niespodziewany gość wkrótce odejdzie, ale Kraszeninnikow bardzo chciał wiedzieć, co właściwie znaczyła i do czego zobowiązywała go dzisiejsza wizyta.
– Ciągle szukasz jakiegoś podstępu – podrapał się po brodzie Aleksander, uśmiechając się. Następnie odwrócił głowę i spojrzał na samochód, nad którym Michaił trudził się już od lat. – Widzę, że niedługo będziesz już śmigać?
– Gdybyż to – machnął ręką Kraszeninnikow, udając rezygnację. – Potrzeba jeszcze kilku części.
– No to słuchaj. Przychodzenie do osady i szperanie w niej to nie jest najlepszy pomysł.
– To już mi wyjaśnił twój kumpel Żarow – zachmurzył się Kraszeninnikow. – Dość dosadnie.
– No to ja powtórzę. Na wszelki wypadek. Ale słuchaj. Wiesz, gdzie jest szpital miejski w Wiluczyńsku?
– Przypomnij mi.
– Krótko mówiąc: wychodzisz na drogę i drepczesz w stronę Wiluczyńska. Na drodze będzie rozstaje, przy dawnej kawiarni. Ty skręcasz w lewo. Idziesz drogą i liczysz pięciopiętrowe bloki. Jeden się zawalił, ale cztery jeszcze stoją. Przy czwartym skręcasz w lewo, w las. Idziesz tam. Po prawej będziesz miał to, co kiedyś było szpitalem. Idziesz dalej. Prosto ścieżką. Wychodzisz na polanę, a tam stoi taka sama furgonetka „tabletka” jak twoja. Szyb nie ma. Opony też do niczego. Ale cała reszta na miejscu. Bierz ją sobie.
– A skąd nagle taka hojność? – No a co, ma się zmarnować? – wzruszył ramionami Coj. – Dlaczego w takim razie nie weźmiecie tego dla siebie?
Comment on
Metro 2033 Kraniec ziemi (Fanowskie tłumaczenie książki na polski)
Reply in thread
Rozdział 4.1
Drżenie Ziemi
Aleksander nie od razu zrozumiał, co dokładnie sprawiło, że upadł na ścieżce i stoczył się kilka metrów w dół. Przez kilka sekund, kiedy turlał się w trawie, kołatała mu się w głowie myśl, że to alkohol spłatał mu tak okrutnego figla. Jednak po chwili przyszło zrozumienie pierwszego odczucia, które poprzedziło upadek. W tej chwili sama ziemia nagle postanowiła usunąć się spod nóg. Jakby z jakiegoś powodu ziemi nie podobało się, że chodzi po niej jakiś dwunożny. I, jak się zdaje, tylko ludzie nie mieli pojęcia, jaką niespodziankę szykuje im mściwa natura. Przecież w jakiś niepojęty sposób zwierzęta zostały ostrzeżone, i teraz jasne jest, dlaczego nagle nocna cisza wypełniła się wyciem psów, tak podobnym do alarmującej syreny. I ptaki… One też wiedziały, co zaraz nastąpi. Dlatego wzbiły się w niebo na kilka sekund przed wstrząsem ziemi. I tylko ludzie zaczynają rozumieć, co się dzieje, gdy już dokonany fakt powala ich z nóg.
Coj zerwał się na nogi i poczuł, że nie jest w stanie pewnie na nich stać. Podziemne wstrząsy trwały, a kamczackie wzgórza dosłownie huczały. Słychać było wysilony trzask rosnących na zboczach drzew, a od strony Primorskiego dochodził kamienny łomot. Aleksander rzucił się biegiem w stronę osady.
Osada wypełniła się zgiełkiem ludzi. Ulicami miotały się języki płomieni na płonących pochodniach, które mieszkańcy trzymali w rękach. Coj z obawą spoglądał na wzgórze po prawej stronie. To samo, u podnóża którego znajdował się Primorski. Oby tylko nie doszło do osunięcia się ziemi. I choć gęsty las, od wieków porastający tę górę, mocno trzymał grunt splecionymi korzeniami, wszystko zależało od siły trzęsienia ziemi. Im silniejszy ten żywioł, tym większa szansa, że warstwa gruntu runie na osadę razem z tymże lasem. A w pamięci trzydziestodwuletniego Aleksandra, który w ciągu całego życia spędził poza Półwyspem Kamczatka zaledwie kilka tygodni, było to najsilniejsze trzęsienie ziemi…
Najwyższy budynek w Primorskim – pięciopiętrowy blok przy ulicy Władywostokskiej – po raz pierwszy ucierpiał podczas wybuchu. Sam budynek był podzielony na trzy sekcje tak zwanymi szwami sejsmicznymi. Przebiegały one od fundamentu do dachu w dwóch miejscach, dzieląc jeden dom na trzy części, niczym bruzdy dzielące tabliczkę czekolady dla łatwego odłamywania jej kawałków. Tu obowiązywała ta sama zasada. Budowany w regionie sejsmicznie aktywnym dom musiał posiadać podobne szwy. Nie osłabiały one konstrukcji. Ale w przypadku zawalenia dawały szansę sąsiednim sekcjom na przetrwanie i nie bycie wciągniętymi w kolaps przez segmenty, które nie wytrzymały podziemnych wstrząsów. Podczas wybuchu zawaliła się więc sekcja południowa. Ale dwie pozostałe części domu ostały się. Do dzisiejszej nocy…
Przebiegając obok budynku przedszkola, Coj zauważył, że nie ucierpiało. U góry, na zboczu wzgórza, w świetle pośpiesznych pochodni, było widać, że i ich szkoła stoi na miejscu. Ale dom numer cztery przy ulicy Władywostokskiej zniknął. Dokładniej, zawaliły się jego panele, jak domek z kart. Dwie pozostałe sekcje nie wytrzymały żywiołu.
Przez wiele lat był mało zamieszkany. Z uwagi na to, że budynek znajdował się wyżej niż większość zabudowań Primorskiego, na zboczu wzgórza, był mniej chroniony przez Półwysep Kraszeninnikowa przed falą uderzeniową. I dlatego mocno ucierpiał. Budynki szkoły i przedszkola znajdowały się jeszcze wyżej na zboczu, ale przedszkole było osłonięte samym pięciopiętrowym blokiem, a ściany szkoły były trzykrotnie masywniejsze niż ściany budynku mieszkalnego, mimo że sama placówka edukacyjna miała mniejszy rozmiar.
Wielu ocalałych mieszkańców pięciopiętrowego bloku dawno go opuściło. Jeszcze w czasach, gdy, uwolniwszy się od dyktatu okrutnych band, wspólnota zaczęła redystrybucję ocalałych domów wśród ocalałych ludzi. Ale kilka rodzin nadal mieszkało na pierwszych piętrach tego budynku. I oto teraz, jak się zdaje, są pogrzebane pod gruzami. I to była pierwsza rzecz, którą zrozumiał Coj, wróciwszy do rodzinnej osady. Jeszcze nie wiadomo, co z pozostałymi domami, które znajdowały się dalej…
Nagle zerwany wiatr rzucił się na Olivię, gdy tylko wybiegła na ulicę. Rozwiał jej słomiane włosy.
– Odsuń się od budynku! – krzyknął Michaił, przemykając obok. Biegł do koszar…
– Misza! – desperacko wrzasnęła Olivia.
– Odsuń się! Zaraz wracam! – rozległ się jego głos już z holu.
Nie chciała odejść. Chciała rzucić się za swoim mężczyzną. Ale strach trzymał ją w miejscu. Zresztą, ożyła ziemia pod stopami dawała przerażające uczucie, że nigdzie na tym świecie nie ma bezpiecznego miejsca. Wszystko, co mogła teraz zrobić, to tylko mieć nadzieję, że trzęsienie ziemi ustanie albo że Michael i Antonio wyskoczą z tego czerniejącego przed nią wejścia do starych koszar. Ale trzęsienie ziemi trwało, a ich wciąż nie było widać.
Ogromny gmach jęczał i dziwnie trzeszczał pod naporem żywiołu napierającego z wnętrza ziemi. Lampa naftowa zerwała się z haka, na którym powiesił ją Quaglia, i gwałtownie poleciała w dół, eksplodując kulą ognia kilka kroków od Sobieski. Znów poczuła się jak w tamtym strasznym dniu, kiedy nad Zatoką Awaczyńską wybuchła głowica termojądrowa. Ich helikopter spadał… Pilot próbował wykorzystać efekt autorotacji, by złagodzić uderzenie… Uratował wszystkich, ale nie siebie…
A oto teraz nowa katastrofa. I kto z tych, którzy wtedy ocaleli, zginie teraz?..
Wydawało jej się, że wszystko to trwa wieczność. Drżenie i huku ziemi, wezbrana zatoka, wicher i oczekiwanie, aż oni wreszcie wyjdą do niej, na zewnątrz, albo… to najgorsze… aż budynek runie, grzebiąc pod gruzami jedynych bliskich jej ludzi, którzy jej pozostali…
Wpadłszy na trzecie piętro, Kraszeninnikow znieruchomiał, patrząc z niedowierzaniem na plecy swojego przyjaciela Antonia. Wokół wszystko dygotało i drżało. Jęczący budynek groził zawaleniem, a ten siedział przy oknie i gapił się w lunetę.
– Antoni! Zupełnie ci odbiło?!
Quaglia machnął lekceważąco ręką:
– Wynoś się, Misza! Po co wracałeś?! Tu jest niebezpiecznie!
– No właśnie, idioto! Przyszedłem po ciebie!
– Vattene, sam o siebie potrafię zadbać!
Michaił podskoczył do niego, brutalnie go chwycił – mimo że Włoch był znacznie potężniejszy – i powlókł ku wyjściu, zarzucając sobie jego rękę na ramię.
– Stronzo – warknął ze złością Kraszeninnikow.
Antonio z osłupieniem spojrzał na przyjaciela.
– Kiedy ty się nauczyleś włoskiego? I co ty, do diabła, wyprawiasz? Tracisz czas!
– Lepiej się zamknij!..
Wyglądało na to, że największe nieszczęście wydarzyło się właśnie tutaj. Aleksander nieustannie się rozglądał, ale sądząc po tym, że mnóstwo pochodni zmierzało ku ruinom pięciopiętrowego bloku, w innych częściach osady nie było tak niszczycielskich skutków. Przy samym domu na ulicy Władywostokskiej, a raczej przy tym, co z niego zostało, panował chaos. Ludzie odciągali gruzy. Do ruin przyprowadzano konie, by odciągać betonowe płyty, których ciężar przerastał ludzkie siły. Przerażone trzęsieniem ziemi zwierzęta upierały się, parskały, a nawet stawały dęba, wywołując gniewne okrzyki właścicieli. Gruzowisko obwąchiwały już miejscowe psy, by szczekaniem dać ludziom znać, gdzie mniej więcej pod szczątkami znajduje się człowiek.
Wszystko, co się wydarzyło, wprowadziło Aleksandra na jakiś czas w stan szoku. Zdawało się, że nic nie jest w stanie go tak poruszyć po tamtym wybuchu i wyzwaniu, jakie rzucił wraz z przyjaciółmi watażkom band. Jednak dzisiaj natura przypomniała o sobie nie swoimi szczodrymi darami, w które obfituje Kamczatka. Przypomniała, kto jest prawdziwym panem na tej planecie. Wszystko jest nędzne wobec jej potęgi. Tak, ludzie też byli kiedyś silni. Ale paradoks ich siły tkwił w tym, że była zdolna jedynie do samobójstwa. I oto dzisiaj planeta dała do zrozumienia tym nielicznym, którzy jeszcze żyją, że w mgnieniu oka się z nimi rozprawi, jeśli będzie w naprawdę podłym nastroju.
Coj szarpnął się za brodę, zmuszając do wyjścia z otępienia. Był jednym z liderów, wspólnota nie mogła go widzieć z wybałuszonymi oczami i otwartymi z szoku ustami.
– Coj… żyjesz? – dobiegł z tyłu głos.
Aleksander odwrócił się. Szedł ku niemu, mocno utykając, Andriej Żarow. Przyciskał dłoń do czoła, jego twarz była zalana krwią.
– Żar, co tobie się, do cholery, stało? – zawołał Sasza.
– Jak się zaczęło, śmignąłem przez okno. Jak widzisz, niezbyt udanie. Kiedy mieliśmy po dwanaście lat, takie sztuczki wychodziły nam lepiej, co, stary? – Spróbował się uśmiechnąć i natychmiast skrzywił się z bólu.
– Bratku, musisz iść do lazaretu…
– Nie ma czasu. Będę tu dowodził akcją ratunkową… Słuchaj, Sania… Żeńka i Nikita latają teraz po całej osadzie. Sprawdzają sytuację i ustalają straty… Proszę, idź do zakładu. Zobacz, co tam… I jeszcze… wyślij kogoś do Wiluczyńska. Jeśli u nich wszystko w porządku, niech przyślą nam ze dwadzieścia osób i konie. Musimy jak najszybciej odgruzować to wszystko… Tam są ludzie…
– Zrobię, Żar. Nie widziałeś mojej Oksanki?
– Jest w lazarecie…
– Co z nią?! – wykrzyknął Coj.
Andriej znów skrzywił się z bólu, spojrzał na dłoń i ponownie przycisnął ją do głębokiego otarcia na czole.
– Wszystko z nią w porządku. Po prostu pomaga medykom. Jest mnóstwo rannych…
– Dobra, zajmę się wszystkim. Ale ty idź do lazaretu. Popatrz, ludzie sami dają sobie radę. Nawet bez twoich rozkazów…
– Musimy być z ludźmi, Sania. Zawsze…
– A widziałeś ty swoją gębę?!
– Jak wycinaliśmy bandę Staszki Lutego, mocniej mnie pokiereszowali. Ciebie zresztą też. Dobra, Sania, wal się…
Żarow ruszył w stronę ruin bloku.
Aleksander odprowadził go wzrokiem, po czym rozejrzał się dookoła. Przy starym żelaznym garażu dostrzegł kilka rowerów i dosiadłszy jednego z nich, ruszył w stronę zakładu. Dynamo napędzane od koła pozwoliło zaświecić reflektor. Jadąc drogą prowadzącą od zniszczonego domu w dół, ku centrum osady, natknął się na dwóch jeźźców i zatrzymał się.
– Ermalavicius, Guszczin! Jesteście dzisiaj w patrolu, zgadza się?
Comment on
Metro 2033 Kraniec ziemi (Fanowskie tłumaczenie książki na polski)
Reply in thread
Rozdział 4.2
– Tak, Coj, zgadza się. Tylko postanowiliśmy pomóc przy odgruzowywaniu…
– To się chwali. Ermalavicius, oddaj swojego konia Guszczinowi. Guszczin, prowadź konie do ruin. Są tam potrzebne. Ale oddaj automat partnerowi.
Ermalavicius skinął głową i zsiadł z konia. Następnie przewiesił automat Guszczina przez plecy.
Aleksander zsiadł z roweru i przekazał go Ermalaviciusowi.
– Siadaj i gnaj do Wiluczyńska. Dowiedz się, co tam się u nich dzieje. Jeśli mają wolnych ludzi, niech ze dwudziestu rusza tutaj jak najszybciej. I niech wezmą konie i samochody.
– Zrozumiałem wszystko…
Olivia nie pamiętała u siebie takiej gamy uczuć. Paniczny strach, który natychmiast ustąpił euforii radości, gdy w końcu ujrzała Michaiła i Antonia.
Kłócili się ze sobą. Misza z jakiegoś powodu klął po włosku, Antonio głównie po rosyjsku. Quaglia powłóczył nogą i patrzył na Olivię z poczuciem winy. Przynajmniej tak jej się zdawało – było zbyt ciemno, by to dostrzec, ale tak to właśnie odebrała. Strach ustąpił miejsca radości. Nawet wstrząsy wtórne stały się prawie niewyczuwalne. Wszystko co złe najwyraźniej było już za nimi. Michaił doprowadził Antonia do ławki i posadziwszy go na niej, podbiegł do Olivii i mocno ją przytulił.
– Misza, nie ma nic straszniejszego niż myśl, że mogłabym cię nagle stracić – szepnęła, tuląc się do Kraszeninnikowa.
– Wszystko w porządku, kochana. Jestem tutaj – odpowiedział.
Quaglia spojrzał na nich, westchnął i odwrócił się…
W tej chwili ziemia zadrżała ponownie. Ale tym razem to nie było trzęsienie ziemi. To odezwał się kolejny skutek żywiołu. Budynek północnych koszar, w którym niegdyś stacjonował batalion budowlany, zaczął się walić. Najpierw powoli, jakby niechętnie i opierając się ostatkiem sił, zaczął się przechylać do przodu; wewnątrz łomotały rozrywane i spadające stropy, klatki schodowe i ściany. Potem nieubłagana siła grawitacji sprawiła, że wszystko runęło, wzbijając chmurę betonowego pyłu wirującą w powietrzu.
Michaił osłonił Olivię przed pyłem i dolatującymi nawet tutaj drobnymi odłamkami. Po kilku chwilach wszystko ucichło. No, prawie wszystko. Ich serca nadal biły jak oszalałe, a wzrok skierował się na środkowe koszary. Na ich dom. Cała trójka czekała, że teraz nadejdzie i jego kolej na zawalenie się. Ale z jakiegoś powodu zupełnie zapomnieli, że stoją w niebezpiecznej bliskości budynku. Ogarnęło ich takie otępienie, że nawet nie zauważyli, jak za ich plecami przejechał na rowerze w stronę Wiluczyńska uzbrojony człowiek.
Koszary nie runęły. Ale strach nie mijał. Wokół wszystko ucichło, tylko z osady dobiegało szczekanie psów i inne hałasy.
– Tam pewnie potrzebna pomoc – powiedział cicho Quaglia.
– Zakazali mi przychodzić do osady przez dziesięć dni – uciął Michaił.
– Misza, to twoi rodacy.
– Tak, którzy obiecali mnie zastrzelić, jeśli złamię zakaz.
Kraszeninnikow i Sobieski usiedli na ławce obok Antonia. Strach o własny dom nie puszczał i nadal wpatrywali się w budynek.
– Ponad wiek temu w mojej ojczyźnie wydarzyło się potworne trzęsienie ziemi – zaczął Antonio. – Straszna katastrofa praktycznie zniszczyła Mesynę i Kalabrię. W tamtych dniach na Morzu Śródziemnym znajdowała się wasza eskadra wojenna Floty Bałtyckiej. Rosyjscy marynarze byli pierwszymi, którzy przyszli nam z pomocą w tej strasznej godzinie.
– Naprawdę? – westchnął ze zmęczeniem Kraszeninnikow. – Nie wiedziałem o tym.
– Mało kto o tym wiedział i pamiętał – pokręcił głową Quaglia. – W ludzkiej pamięci bardzo mocno odciskają się wojny. Wojny, wojny i wojny. Oblężenie Troi, Hannibal u bram, wojna galijska, Wojna Dwóch Róż, Trzydziestoletnia, Stuletnia… Wojny napoleońskie, wojny domowe, wojny światowe. Pośród tego wszystkiego tak łatwo zapomnieć o prawdziwym przejawie ludzkiej natury – pragnieniu pomocy tym, którzy wpadli w biedę, bez względu na kolor skóry, kształt oczu czy języki, które was dzielą. Mnie zakaz nie dotyczy. Muszę tam pójść i pomóc…
Wstał, zrobił jeden niepewny krok, potem kolejny i natychmiast opadł na ławkę, krzywiąc się nie to z bólu, nie to z rozpaczliwego uświadomienia sobie własnej ułomności. Bez laski zupełnie nie mógł iść.
– Cazza rola! – zaklął Quaglia, rozcierając okaleczoną nogę. – Jestem bezużytecznym kawałkiem mięsa. Nie powinieneś był po mnie wracać…
– Co cię w ogóle napadło?! – wrzasnął Michaił. – Dlaczego zostałeś w domu?!
– Bo zanim zszedłbym z trzeciego piętra i wyszedł na ulicę, budynek mógł zawalić się mnóstwo razy. Jaki to ma sens? Lepiej już zostać i obserwować wulkan. To wszystko, do czego jestem zdolny. To wszystko, rozumiesz? Tobie zabronili wchodzić do osady. A my musimy uzupełnić zapasy na zimę. Tobie nie wolno chodzić na wzgórza przez niedźwiedzia. Nie wolno ci dołączać do zbieraczy z osady. I wysyłanie do nich Olivii zamiast ciebie też nie jest najlepszym pomysłem. A ja w ogóle do niczego się nie nadaję!
– Boże, jakie ty bzdury opowiadasz, Antoni! – Kraszeninnikow nadal nie krył oburzenia. Ale przerwała mu Olivia:
– Dlaczego wysyłanie mnie z ich grupami zbieraczy nie jest najlepszym pomysłem? Bo jestem kobietą? Do cholery, Tony, to podłe tak mówić! Potrafię o siebie zadbać i potrafię się postawić!
Quaglia skrzywił się, machając ręką:
– Przestań, Olu. Nie żyjemy w takim wieku ani w takiej epoce, żeby brać moje słowa na poważnie jako dyskryminację ze względu na płeć. Obiektywna rzeczywistość jest taka, że większość mężczyzn jest silniejsza fizycznie od większości kobiet. To prawa natury. A inne prawo natury mówi, że okaleczone zwierzęta długo nie żyją. Odpadają z wyścigu o życie…
– Nie jesteśmy zwierzętami, do jasnej cholery! – krzyknął Michaił.
– To na pewno – westchnął Antonio, kręcąc głową. – Zwierzęta czują zbliżające się trzęsienie ziemi. A my nie. Ja po prostu obserwowałem wulkan. Chcę zrozumieć, czy te wstrząsy były wynikiem tektoniki płyt, czy to wiadomość dla nas wszystkich od Awaczy. Urodziłem się obok Wezuwiusza. Dorastałem w strachu przed nim. Bałem się dnia, w którym się obudzi. Ale teraz jest inaczej. Od wielu lat mieszkam w bezpiecznej odległości od jednego z najpiękniejszych wulkanów, jakie widziałem. I gdybym zobaczył erupcję w chwili, gdy zwaliłby mi się na głowę sufit… Warto by było… To logiczne…
– Nigdy w życiu nie słyszałem nic głupszego – Michaił rozłożył ręce. – Jesteście wszystkim, co mam. Jesteście moją rodziną. Myślisz, że gdybym to ja był na twoim miejscu, ty nie rzuciłbyś się po mnie?
– Rzuciłbym się. Ale na moim miejscu jestem ja. I wiem, co będzie lepsze dla mnie. Nie idź po mnie następnym razem. Jeśli ja zginę, to dla was smutek. Jeśli przeze mnie zginiesz ty, Olivia zostanie sama na całym świecie. Nie chcę tego…
Zarówno Michaił, jak i Sobieski chcieli mu coś odrzec. Stanowczo nie zgadzali się z jego fatalizmem i chcieli mu uświadomić, jak bardzo jest dla nich ważny. Chcieli to jednak zrobić tak, by gniew, który czuli pod jego adresem, nie wybuchł na zewnątrz. Zdawało się, że oboje znaleźli już odpowiednie słowa. Jednak przeszkodziła im odległa seria z karabinu maszynowego. Potem kolejna. Wulkanolodzy odwrócili głowy w stronę Wiluczyńska, skąd dochodził ten dźwięk. Jeszcze jedna seria i zapadła cisza.
Comment on
The Federals. This is a faction from the Metro 2033 universe. Yes, they are mentioned once in the game (which is covered in the article), but they originate from the Metro 2033 book universe.
Reply in thread
Yes.
Comment on
Metro 2033 Kraniec ziemi (Fanowskie tłumaczenie książki na polski)
Reply in thread
Rozdział 2.2
Michaił Kraszeninnikow nie śpieszył się z wejściem do domu. A ściślej mówiąc – do ogromnych koszar, które były domem dla nich trojga. Siedział na schodach przy wejściu i w zadumie przyglądał się łodygom słoneczników, które Olivia starannie pielęgnowała w miejscu, gdzie niegdyś stało ogrodzenie jednostki wojskowej. Lato na Kamczatce było zbyt krótkie, by słoneczniki mogły w pełni wyrosnąć. Jednak nawet te mikre ziarna wystarczały jako pasza w ich małym kurniku, a czasem pozwalały uzyskać kilka litrów oleju na sezon.
– Tak będziesz tam siedział na progu jak zbity pies? – dobiegł głos Antonio z okna na trzecim piętrze.
– Skąd wiedziałeś, że już wróciłem? – westchnął Michaił, okręcając zerwane źdźbło trawy wokół palca.
– Zorientowałem się jakieś czterdzieści minut temu, kiedy usłyszałem skrzypienie twojego roweru. Właź już na górę. Zrobiłem sałatkę z mniszka.
– A gdzie Ola?
– Czeka na ciebie z niecierpliwością.
– Dlatego właśnie nie wchodzę.
– Nie uciekniesz przed przeznaczeniem, Misza. Wchodź, zjedz sałatkę i przyjmij śmierć z godnością.
– I ty, Brutusie?
– A-ha-ha! – Quaglia wybuchnął śmiechem. – No, koniec tego, Cezarze! Rubikon przekroczony! Twoja godzina wybiła! Na górę marsz…
Michaił westchnął, podnosząc się z nagrzanych letnim słońcem schodów, i wszedł do środka.
Mieszkania tej trójki zostały urządzone na pierwszym i drugim piętrze budynku koszar. Na parterze mieszkał Antonio. Z powodu utykania musiał znajdować się bliżej wyjścia na wypadek trzęsień ziemi, z których słynęła Kamczatka. Olivia i Michaił mieszkali na piętrze, jako że od dawna nie byli już tylko kolegami po fachu. Byli rodziną. Budynek był pokaźny, z wysokimi sufitami i ogromnymi pomieszczeniami, w których niegdyś kwaterował cały batalion wojska. Właśnie dlatego musieli swego czasu włożyć sporo wysiłku w postawienie dodatkowych ścianek, by zmniejszyć izby mieszkalne, w których zimą łatwiej było utrzymać ciepło domowego ogniska. Trzecie piętro służyło im natomiast za rodzaj wielkiej letniej werandy. Rozpościerał się stamtąd wspaniały widok, było mnóstwo przestrzeni i światła wpadającego przez wielkie prostokąty otworów okiennych.
Wszedł niespiesznie na górę i rzeczywiście – Olivia już na niego czekała. Nie miała już dwudziestu pięciu lat, jak wtedy, gdy świat legł w gruzach, a między nimi nagle wybuchło uczucie. Początkowo sądzili, że to tylko próba zapomnienia; że ich umysły walczą z szaleństwem wywołanym katastrofą, rzucając ich oboje w otchłań namiętności gorącej niczym erupcja wulkanu. Jednak ich uczucia przeszły próbę czasu. Tak, dawno już nie miała dwudziestu pięciu lat. On też nie był już młodym kamczackim naukowcem, który wahał się, czy zacząć pracę nad doktoratem.
Ale Olivia wciąż była piękna i Michaił nie zauważył, by bardzo się zmieniła od dnia, w którym Antonio naszkicował w notatniku ich karykaturę. Ta właśnie karykatura wisiała teraz na ścianie, pośród innych prac Włocha.
Michaił spojrzał na nią i uśmiechnął się. Ten sam złocisto-popielaty kolor włosów i te same wielkie niebieskie oczy. Nawet gdy się gniewała – tak jak w tej chwili – wciąż była zachwycająca.
– Cześć – wydusił Kraszeninnikow jak gdyby nigdy nic, patrząc na jej udawaną surowość i pięści oparte na biodrach. – Olu, jesteś przecież Amerykanką, a witasz mnie tak jakoś… po rosyjsku…
– I co, myślisz, że teraz przyjdziesz, zażartujesz, a ja rozpłynę się ze szczęścia i padnę ci w ramiona? – zapytała surowo.
Michaił wbił wzrok w sufit, po czym spojrzał na ukochaną i skinął głową:
– Cóż, byłoby miło. Dlaczego by nie?
– Bo jesteś asshole, Michael! – wykrzyknęła Olivia.
Od dawna mówili do siebie Ola i Misza. Kraszeninnikow czasami, w chwilach intymności, wypowiadał z drżeniem pełne imię „Olivia”, celebrując każdy dźwięk tego melodyjnego imienia. Jednak gdy Olivia wpadała w złość, Misza błyskawicznie stawał się Michaelem, a ona sama, nie zauważając tego, przeplatała rosyjską mowę (którą władała już niemal perfekcyjnie) dawno nieużywanymi ojczystymi słowami. Zwłaszcza tymi przekleństwami.
– Tak, ale jestem twoim asshole. Przecież u was tak się mówi…
– Nie, Misza, u nich przyjęło się dobrze traktować ich skurwysynów, a nie… – wtrącił się Antonio, ale nie zdążył dokończyć.
– Shut up! – krzyknęła na Włocha Sobieski.
– O, mamma mia, beh, così sia! – Quaglia uniósł ręce i odwrócił się plecami.
– Posłuchaj, Michaił – kontynuowała z oburzeniem Olivia. – Czy nie prosiłam cię, żebyś nie zadawał się z tymi bandytami? Czy nie błagałam, żebyś nie łamał ich zasad i nie prowokował ich?
– Prosiłaś – westchnął winnie Kraszeninnikow.
– Więc dlaczego, do cholery, znowu to zrobiłeś?! Dlaczego znów wymknąłeś się w środku nocy?!
Kolejne westchnienie:
– Posłuchaj, Olu, obudziłem się. Wydawało mi się, że było trzęsienie ziemi. Obudziłem się i nie mogłem już zasnąć. Czekałem, czy będą kolejne wstrząsy, żeby cię obudzić i wyprowadzić na zewnątrz. Ale nie powtórzyły się. Wtedy poszedłem do zakładu…
– Swoją drogą – znów wtrącił się w rodzinną kłótnię Quaglia – ja też poczułem wstrząs. Więc on nie kłamie.
– Już czwarte w tym tygodniu? – Michaił spojrzał na przyjaciela, mając nadzieję na skierowanie kłótni na zupełnie inne tory.
– Właściwie to trzecie – uśmiechnął się Antonio – w ciągu doby. W nocy były trzy serie wstrząsów wtórnych. Ciebie obudziła ostatnia seria.
– Coś ostatnio zbyt często się zdarzają. – Mówiąc to, Kraszeninnikow usiadł w wolnym fotelu i zaczął zdejmować buty. Kilka zdobyczy udało mu się jednak przed Żarowem ukryć. W jego butach znajdowały się trzy soczewki z rozbitej lornetki, które znalazł podczas nocnego wypadu.
– Mogę ci nawet powiedzieć, dlaczego – ciągnął Antonio.
– Tak? Dlaczego?
– Dosyć tego! – krzyknęła Olivia. – Michael, przestań mnie ignorować!
– Nie ignoruję cię, Olu. – Michaił, obuwszy się z powrotem, wstał.
– Ignorujesz! Lekceważysz! Po kryjomu zostawiłeś mnie w nocy i poszedłeś drażnić to gniazdo os! A pomyślałeś, co stanie się ze mną i z Tonym, kiedy oni cię w pewnym momencie zastrzelą?!
– Nie spodziewałem się, że ten moment będzie dla ciebie w jakimkolwiek sensie „piękny” – zachmurzył się Kraszeninnikow.
– Przestań! Doskonale wiesz, co mam na myśli!
– Przekleństwo, Olivio, przecież robię to dla ciebie! Wszystko robię dla ciebie, do diabła! I ten samochód próbuję złożyć dla ciebie!
– Wyjaśnij to sobie, do jasnej ciasnej! Czy należysz do tych głupców, którzy myślą, że dziewczyny lecą tylko na facetów z brykami?!
– Można by pomyśleć, że tak nie jest – zachichotał Antonio.
– Zamknij się!
Michaił chciał w tej chwili być jak najdalej stąd. Wyglądało na to, że Olivia nie była tylko zła; przepełniała ją autentyczna wściekłość. Poranne spotkanie z kwartetem z Primorskiego i tak popsuło mu humor na najbliższe dziesięć dni, ale obecny napór ze strony jego kobiety groził Michaiłowi całkowitą utratą równowagi.
– Olu, ile razy mówiłaś, jak bardzo tęsknisz za domem? Ile razy pytałaś, co stało się z twoim krajem? Ten samochód to jedyna szansa. Nie mogę ukraść kwartetowi statku, który remontują. Ale mogę złożyć auto. I zostało mi już naprawdę niewiele.
Sobieski skrzywiła się, wyrażając swój stosunek do tego pomysłu, który wydawał jej się co najmniej niedorzeczny:
– Przejechać Kamczatkę samochodem? Sam w to wierzysz? Ponad dwa tysiące kilometrów do Cieśniny Beringa drogą lądową. I to nie byle jaką drogą – przez jeden z najbardziej nieprzystępnych terenów w tych szerokościach geograficznych. Wzgórza, góry, wulkany, kaniony, a potem tundra!
– Wiem…
– Opanowywaliście ten półwysep dłużej, niż my budowaliśmy nasz kraj, a macie tu drogę tylko do Ust-Kamczacka! Zaledwie pięćset kilometrów! Ta ziemia jest tak nieprzejezdna, że zanim wysłaliście swój pojazd na Księżyc, testowaliście go właśnie tutaj!
– Wiem, Olivio!
– Więc dlaczego opowiadasz mi teraz takie bzdury?!
– Bo ty chcesz do domu! I ja chcę ci pomóc!
W fotelu znów cicho zachichotał Quaglia:
– Misza, a jeśli powiem, że chcę wrócić do Neapolu, zbudujesz dla mnie samolot?
– Niech cię szlag, Tony, przestań, co?! – Michaił rozłożył ręce, cały rozpalony kłótnią.
– I dlaczego strzeliło ci do głowy remontować samochód po tylu latach, skoro rzekomo wierzysz w tę szaloną możliwość dotarcia do Ameryki Północnej?
– Remontuję go przez te wszystkie lata. Zapomniałaś? A poza tym dobija mnie myśl, że resztę życia spędzimy tutaj. Oczywiście, kocham swój rodzinny kraj. Kocham te wzgórza i wulkany. Ale przecież istnieje jeszcze cały świat. I nie wybaczę sobie, jeśli do końca swoich dni nie dowiem się, co dzieje się poza granicami tego półwyspu zagubionego między Pacyfikiem a ogromnym Morzem Ochockim.
Sobieski pokręciła głową z rozczarowaniem:
– A więc tak? Wiesz, jest mi wszystko jedno, gdzie przeżyję resztę życia. Na Kamczatce, w Montanie, Wyoming, w Śródziemiu czy na planecie Pandora. Martwi mnie tylko jedno. Czy przez te wszystkie lata, które mi pozostały, będziesz przy mnie, czy pewnego razu wymkniesz się po kryjomu i już nigdy nie wrócisz?
Michaił ze zmęczeniem opuścił ręce i spojrzał na Olivię z poczuciem winy:
– Olu, przecież wiesz, że ja też cię kocham. I zawsze do ciebie wrócę…
– Nie wierz mu! On po prostu chce zieloną kartę! – dorzucił kolejny żart Quaglia.
– Już przegiąłeś, Antoni! – wrzasnął wściekle Kraszeninnikow.
Quaglia mruknął coś pod nosem, wziął swoją laskę i wstając, skierował się do wyjścia.
– Przegiąłem – powiedział z gorzkim uśmiechem, patrząc przed siebie. – W moich wspomnieniach z dzieciństwa, oprócz złowieszczo cichego Wezuwiusza za oknem, zapisało się coś jeszcze. Częste kłótnie moich rodziców. Temperamentni Włosi kłócą się barwnie i pamiętnie. Wy jednak właśnie ich przebiliście. A potem wszyscy mieliśmy tę radość oglądać, jak cały świat pokłócił się z rozsądkiem, zdrowym sensem i samym sobą. Oddałbym zdrową nogę temu, kto potrafiłby wam pokazać, jak bardzo jesteście teraz obrzydliwi w tej waszej kłótni…