Metro 2033 Kraniec ziemi (Fanowskie tłumaczenie książki na polski)
Zamiast prologu
Okruchy przeszłości
To takie dziwne – znaleźć się tutaj. Jakby po długich poszukiwaniach baśniowej krainy, która śniła ci się od dzieciństwa, w końcu ją odnaleźć. Przybyć do niej.
Serce zamiera na widokach rozpalonych pamięcią, jakby już nie swoją, lecz jakąś wniesioną do umysłu przez siły niepojęte. Niewytłumaczalne.
Ale w rzeczywistości wszystko jest bardziej prozaiczne. W tej romantycznej i baśniowej aureoli marzeń kłębiły się wspomnienia z dzieciństwa. Prawdziwe wspomnienia o prawdziwym życiu, które teraz wydaje się cudowną przygodą. Niepowtarzalną i nieosiągalną ani w przestrzeni, ani w czasie.
Przestrzeń jednak pokonał. Ale przepaści czasowej, wynoszącej jedną czwartą stulecia, pokonać nie sposób. Jeśli dla przestrzeni są samoloty, to dla czasu – tylko pamięć. I oto jest. Dwadzieścia pięć lat po tym, jak opuścił te strony, będąc jeszcze młodzieńcem. Nie potrafił nawet opisać gamy uczuć, które ogarnęły go na widok miejsc znanych z dziecięcych marzeń. Wodna tafla Zatoki Awaczyńskiej wciąż ta sama. A wokół niej bezgłośne zielone pagórki, gęsto porośnięte fantazyjnie powyginanymi drzewami. Na przeciwległym brzegu zatoki wciąż ten sam Pietropawłowsk Kamczacki, którego ulice rozciągnęły się tarasami po zboczach pagórków. Praktycznie nie ma tu płaskich powierzchni, dobrze to pamiętał. Jeden z nielicznych równych krajobrazów na całym gigantycznym półwyspie Kamczatka zachował się w jego pamięci jedynie w postaci lotniska Jelizowo, dokąd samolot z Moskwy go przetransportował. Trudno sobie nawet wyobrazić, jak niedostępne stałyby się te rejony dla ludzi z zewnątrz, gdyby lotnisko nagle przestało istnieć. I jaką pułapką stałaby się Kamczatka dla tych, którzy tu mieszkają. Oczywiście, pozostawała jeszcze inna opcja. Morska. Ale w tym celu trzeba było odbić od pietropawłowskiego nabrzeża, przepłynąć Zatokę Awaczyńską do cieśniny koło Przylądka Stanickiego, minąć wystające z wody skały, nazywane Trzema Braćmi i będące taką samą wizytówką Kamczatki, jak jej wulkany i gejzery, a następnie wypłynąć na bezkresny Ocean Spokojny. A potem, opływając południowy kraniec półwyspu, po iluś tam dniach dotrzeć do Sachalinu. Albo Władywostoku. Albo Japonii. Ale była też inna opcja. Wypłynąwszy z Zatoki Awaczyńskiej na Ocean Spokojny, obrać kurs nie na południe, lecz na północ. Dotrzeć do naszyjnika Wysp Aleuckich, które niczym morskie boje wyznaczały basen Morza Beringa, i, płynąc wzdłuż tych wysp, dotrzeć do Alaski – największego stanu USA. Ale lotnisko Jelizowo ściskało przestrzeń i czas. Jutro wieczorem wsiądzie tam do samolotu i zaledwie po jakichś ośmiu-dziewięciu godzinach będzie w Moskwie. Na Kamczatce w tym momencie będzie już ranek nowego dnia. A w stolicy, kiedy przyleci, będzie późny wieczór dnia poprzedniego. Dzięki kaprysom stref czasowych można wrócić do przeszłości. Właśnie to mu się przydarzy, gdyż gdzieś nad Morzem Ochockim znajdzie się już w jutrzejszym dniu, ale w Moskwie znajdzie się mniej więcej o tej samej porze, o której wyleci z tego zbawiennego dla mieszkańców Kamczatki lotniska Jelizowo.
Wszystkie te ożywione wspomnienia z dzieciństwa rodziły jakąś skrytą, tylko dla niego zrozumiałą drżącą radość, przeplatającą się z dobrą melancholią. Ale na widokach Zatoki Awaczyńskiej, odległego Pietropawłowska Kamczackiego i wznoszącego się za stolicą półwyspu, pokrytego lodowcami białego giganta – wulkanu Awaczy, radość się kończyła. Przy bliższym przyjrzeniu się obszarowi jego dziecięcych przygód zaczynał się ból.
Miasteczko, w którym kiedyś mieszkał, w tamtych czasach było tak tajne, że w zasadzie nie miało nazwy. Oznaczano je jedynie oznaczeniem cyfrowym – «51». Ale dla wygody wysyłania i odbierania korespondencji pocztowej w tamtych czasach na kopertach i paczkach pisano – «Pietropawłowsk Kamczacki 51». Prawdopodobnie, żeby wróg się nie domyślił. Było po co zachowywać tajemnicę. W miasteczku 51 znajdowała się stocznia remontowa do naprawy i obsługi atomowych okrętów podwodnych Drugiej Flotylli Atomowej Pacyfiku. Sama flotylla tuż obok. W zasięgu wzroku. Znajduje się ona w osadzie Rybaczy, na półwyspie Kraszeninnikowa, który niczym zakrzywiony palec wcina się od zachodu w Zatokę Awaczyńską, tworząc jeszcze jedną, małą zatokę imienia tego samego Kraszeninnikowa. Chociaż nazywano ją również Śledziową. Oto i łodzie. Do nich zaledwie cztery kilometry drogą wodną. Dobrze pamiętał, że z okna kuchni jego domu zawsze było widać te groźne czarne giganty, naszpikowane apokalipsą. Łodzie są na miejscu i dobrze stąd widoczne. Ale z samym miasteczkiem 51 stało się coś strasznego.
Tuż przy wjeździe do niego znajdowały się trzy identyczne koszary, które kiedyś, przez analogię do tych słynnych skał u wyjścia na Ocean Spokojny, nazywano «Trzema Braćmi». W jednych koszarach mieściła się baza brzegowa. Tam zakwaterowano załogi okrętów wojennych, które wchodziły na remont do stoczni miasteczka 51. Drugie koszary – batalion remontowy. Trzecie – batalion budowlany.
Pamiętał je inne. Duże patriotyczne plakaty. Musztry. Flagi i ogromne tablice z herbami piętnastu republik radzieckich. Teraz betonowe place defilad są rozbite przez krzewy przebijające się przez pęknięcia. Trzypiętrowe budynki koszar są puste i martwe. Szyb i nawet ram okiennych dawno nie ma. Wokół jakieś stosy zardzewiałego żelaza, które kiedyś były samochodami. To był jego pierwszy szok, kiedy wjeżdżał do swojego dziecięcego świata. Potem zobaczył swój dom.
Jedyny pięciopiętrowy blok w osadzie, zbudowany na zboczu pagórka przy ulicy Władywostokskiej. Ulica tak mała, że ten skrajny jej dom miał numer 4. Kiedyś pięciopiętrowy blok miał ładny czerwono-biały kolor. Teraz nie miał koloru w ogóle. Dokładniej, było to połączenie szarości i wilgoci. Trzysta metrów od domu, w dół zbocza, i tam znajdował się długi parterowy budynek Klubu Młodych Marynarzy. Dzieci w tamtych czasach nawet w tak odległej i trudno dostępnej okolicy miały mnóstwo opcji spędzania wolnego czasu. W miasteczku 51 istniała sekcja narciarska, turystyczna, koszykarska i szereg innych. A także koła modelarstwa lotniczego i szkutniczego. Oba znajdowały się w tym samym budynku KMM, ale… Teraz zobaczył tylko rzadkie odłamki rozbitej cegły i fundament, dawno zarośnięty chwastami. Budynku nie ma, podobnie jak nie ma pół tuzina sąsiednich budowli. Idąc dalej przez osadę i obserwując krajobraz przygnębienia i pustki, dotarł do kina «Wiluj». Dokładniej, do tej makabrycznej skrzyni, która z niego została. Miejsce, w którym spędzał niemal każdy weekend, z przyjaciółmi, a czasem i z marynarzami z tamtych koszar, których tu przyprowadzano na seanse filmowe, wyglądało tak, jakby kino poddano zmasowanemu ostrzałowi artyleryjskiemu. Części ściany nie ma. Nie ma okien i drzwi. W środku jakiś rupieć. A to oto…
Nagle poczuł, że zaraz się rozpłacze, co, oczywiście, w jego wieku byłoby zupełnie niedopuszczalną głupotą. Ta przewrócona na bok konstrukcja – automat do gier «Bitwa morska». Och, ileż oni z przyjaciółmi się kłócili i zakładali, kto pierwszy w niego zagra. Czasami wygrywał i on. A potem z niecierpliwością wrzucał w automat piętnastokopiejkową monetę, chwytał za poręcze peryskopu i, przywarłszy twarzą do gumowego wizjera, patrzył, jak po narysowanym morzu porusza się narysowany wrogi okręt, i puszczał torpedy.
Ostrożnie dotknął starych, już obłupanych poręczy, których nie dotykał od dwudziestu pięciu lat. Potem zmęczony usiadł na przewróconym automacie do gier i zapalił, zamyślony patrząc na odłamki płytek i szkła, jak na okruchy własnej przeszłości. Okruchy swojego dzieciństwa. Tak, jego dzieciństwo dawno minęło. Teraz jest dorosłym mężczyzną. Już nawet po rozwodzie. Jego córka, Rita, sama jest już dorosłą dziewczyną. Na tyle dorosłą, że nie chce znać ojca, który z chwilowej głupoty opuścił rodzinę. Ale spędził tu dziewięć najlepszych lat swojego życia. Kiedy jesteś dzieckiem, dla ciebie te dziewięć lat to wieczność. Fantastyczny okres. To teraz czas leci, jak ten samolot z Moskwy do Jelizowa, skracając przestrzeń i czas. Ale wtedy… I przez dwadzieścia pięć lat marzył, by wrócić. Tak, do dzieciństwa wrócić się nie da, ale przynajmniej w te malownicze, piękne miejsca. Do miasteczka, gdzie wszyscy się znali i żyli w zgranej społeczności. Gdzie dzieci miały czym zająć się w wolnym czasie w licznych klubach i sekcjach. Ale wróciwszy, Kazimierz Grzelż się przeraził…
– Hej, wujku, źle się pan czuje?! – rozległ się dziecięcy głos.
Ten głos wyrwał Kazimierza z jego posępnej zadumy i zmusił do podniesienia wzroku. Dziwna sprawa, zupełnie nie słyszał, jak w byłym holu byłego kina pojawiło się czterech nastolatków. Na oko mieli po jedenaście lub dwanaście lat. Wszyscy chłopcy. Jeden, najwyższy, z pociągłą twarzą. Drugi okrągłoliczny blondyn z piegami. Trzeci ciemnowłosy, wielkooki, z jakimś nieprzyjaznym spojrzeniem. Czwarty podobny do Koreańczyka, lekko pulchny. Na szyjach wisiały im stare respiratory, które pewnie zdobyli w opuszczonych składach wojskowych, których tu było pod dostatkiem. W rękach zabawkowe automaty i plecaki szkolne na plecach.
– M-m-m… Nie, chłopaki, nie jest mi źle. Po prostu się zamyśliłem – smutno uśmiechnął się Kazimierz – swoją drogą, dzień dobry.
– Aha, idealne miejsce, żeby się zamyślić – uśmiechnął się szyderczo wysoki, który nie spuszczał wzroku z wiszącego na szyi Kazimierza aparatu fotograficznego.
– A wy co tu robicie? – zapytał Grzelż. – Tu wszystko jest bardzo zniszczone, może się zawalić. Nie najlepsze miejsce dla dzieci.
– Gramy tu w stalkerów – odpowiedział prawdopodobnie Koreańczyk. – A pan?
– Ja? Ja tu kiedyś mieszkałem. Przez kilka lat zbierałem na bilety lotnicze i oto przyleciałem, żeby wspomnieć dzieciństwo. Lepiej bym tego nie robił…
– A co tak? – zapytał ten z piegami.
– No bo tu… – Kazimierz zająknął się, nie wiedząc, jak opisać swoje wrażenie z tego, co zobaczył. – Słuchajcie, tu był dom kultury. Kino. U nas tu odbywały się noworoczne imprezy dla dzieci. Oglądaliśmy tu filmy. Dziewczynki chodziły tu na zajęcia taneczne. Tam, w tamtą stronę, był Klub Młodych Marynarzy. Robiłem tam modele statków. I moi przyjaciele chodzili tam ze mną. A obok było kółko modelarstwa lotniczego. Tam chodzili starsi chłopcy. A na placu, koło fabryki, potem wypuszczali swoje modele samolotów, i one latały. Było tu więcej ludzi, więcej życia, więcej jakichś możliwości. A teraz… teraz wszystko wygląda tak, jakby nad Śledziową zdetonowano bombę atomową.
– Nad czym? – zapytał wysoki.
– Nad Śledziową. Tak nazywaliśmy swoje miasteczko – Śledziowa. Czasem, żartem, nazywaliśmy je Prostokwaszyno.
– Dlaczego?
– No, bo jeden jedyny pięciopiętrowy blok… Na górze… W każdym razie, teraz to osada Primorski, wiem. Ale kiedyś było tak.
– A my swoje miasteczko nazywamy South Park – uśmiechnął się blondyn.
– Jak wy tu w ogóle żyjecie? – westchnął Kazimierz.
– Gramy w stalkerów – odezwał się dotąd milczący wielkooki.
– Rozumiem – pokręcił głową Kazimierz. – A my tu graliśmy w «Bitwę morską». I do kina chodziliśmy.
– A po co kino, skoro teraz każdy film można ściągnąć z Internetu i obejrzeć na komórce?
– No cóż – Grzelż zmieszany uśmiechnął się i rozłożył ręce – nawet nie wiem, co wam na to odpowiedzieć.
– A pan sam skąd jest? – zapytał Koreańczyk.
– Z Moskwy – kiwnął Grzelż. – Mieszkam tam już dwadzieścia pięć lat.
– Aha, byłem tam w zeszłym roku. Macie tam metro, tak? Makabryczne miejsce.
– A to niby dlaczego? – na twarzy Kazimierza pojawił się zaskoczony uśmiech.
– Tam u was mnóstwo ludzi. Miliony samochodów. Korki. I wszyscy jak zombie. W metrze dziwny zapach, a jeszcze w Moskwie pełno nie-Rosjan… Mówię wam, makabryczne miejsce. U nas lepiej.
– No cóż, ty sam… Chociaż, nieważne – machnął ręką Grzelż. – A chcecie, żebym was oprowadził po osadzie i pokazał, gdzie co było za czasów mojego dzieciństwa?
Wielkooki gwałtownie się pochylił, podniósł cegłę i, podrzucając ją w dłoni, surowo zapytał: – Jesteś maniakiem-pedofilem?
– Co? – zaniemówił Kazimierz. – Wy… Do licha, w waszym wieku nawet nie znałem takich słów!
– Był pan głupi?
– Nie! Byłem szczęśliwy! A wy… Wy jesteście jakimiś złośliwymi trollami!
Wstał i pospiesznym krokiem ruszył do wyjścia. Pod nogami chrupały odłamki jego przeszłości…
– Hej, wujku, super masz aparat! – krzyknął za nim wysoki. – Daj popatrzeć!
– Idźcie do diabła, dzieciaki! – rzucił na pożegnanie Kazimierz i zniknął na ulicy.
– Pierdzieleni dorośli – pogardliwie fuknął wielkooki Andriej Żarow i rzucił odłamek cegły w obudowę automatu do gier, na którym przed chwilą siedział Kazimierz.
Z instrukcji dla komandora Vitusa Beringa od cesarza Piotra I.
6 stycznia 1725.
„1. Należy na Kamczatce lub w innym tamtejszym miejscu zbudować jeden lub dwa boty z pokładami. 2. Na onych botach płynąć wzdłuż ziemi, która idzie na Nord według oczekiwania (ponieważ końca jej nie znają), zdaje się bowiem, że ta ziemia jest częścią Ameryki. 3. I dlatego szukać, gdzie ona zeszła się z Ameryką: i żeby dojechać do jakiego miasta europejskich posiadłości, lub jeśli ujrzą jaki okręt europejski, wywiedzieć się od niego, jak ów kist (wybrzeże) nazywają, i wziąć to na piśmie, i samym bywać na brzegu, i wziąć rzetelną wiadomość, a naniósłszy na mapę, przyjeżdżać tutaj”.
Z helikoptera widok był po prostu wspaniały. Piękno Kamczatki ukazywało się w szczególny sposób. Uśmiech zachwytu nie schodził z twarzy młodej Olivii Sobieski, wulkanolożki z Parku Narodowego Yellowstone w USA. Tylko na chwilę przykładała aparat do twarzy, robiła serię zdjęć i znów uwalniała wzrok, by podziwiać łagodne zielone wzgórza, Zatokę Awaczyńską i wulkan o tej samej nazwie. Jej kolega z Neapolu, posiadacz bujnej czarnej brody, Włoch Antonio Quaglia, pospiesznie i zamaszyście robił ołówkiem szkice w swoim notatniku.
Trzecim w grupie wulkanologów znajdujących się na pokładzie helikoptera był Michaił Kraszeninnikow, naukowiec z Instytutu Wulkanologii i Sejsmologii w Pietropawłowsku Kamczackim. Poklepał Włocha po ramieniu:
– Tony, przecież masz aparat! – musiał przekrzykiwać ryk silnika.
– Aparat nie ma duszy artysty, drogi Michelu – uśmiechnął się Antonio, nie przerywając rysowania.
Olivia oderwała wzrok od lokalnych wspaniałości i zwróciła się do rosyjskiego wulkanologa:
– Michael, czy możemy polecieć jeszcze dalej? Chcę zrobić ogólną panoramę z widokiem na Pietropawłowsk, wulkany Awacza i Koriaka oraz Zatokę Awaczyńską! Może National Geographic zapłaci nam za to zdjęcie i pokryjemy koszty paliwa do helikoptera?
– Minutkę! – skinął Kraszeninnikow i zrobiwszy kilka kroków po kabinie, zwrócił się do pilota: – Witja! Witja! Możemy dolecieć do Primorskiego? Starczy paliwa?
– Starczy! – skinął pilot i zaśmiał się. – Tylko że w Primorskim nie ma wulkanów! Tylko stocznia remontowa!
– Wiem, Witja! Po prostu nasi goście chcą zrobić wielką panoramę! I sfotografować górę Wiluj. Z powietrza będzie ją widać!
– Nie ma sprawy! Za wasze pieniądze – każdy kaprys!
Helikopter przechylił się lekko do przodu i przyspieszając, skierował się ku miasteczku, które kiedyś oznaczano literą „51”.
Michaił wrócił do kolegów i spojrzał w dół.
– Olivia! Już wiem, co tak naprawdę chcesz sfotografować! Podejrzewałem, że jesteś amerykańskim szpiegiem! – Zaśmiał się i wskazał ręką w dół.
Sobieski spojrzała we wskazanym kierunku. Pod nimi przesuwał się Półwysep Kraszeninnikowa, na którego południowym brzegu leżała osada Rybaczy i nabrzeża z atomowymi okrętami podwodnymi.
Uśmiech zniknął z twarzy urodziwej badaczki ze Stanów. Z szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w Michaiła:
– O mój Boże, Michael, nie wiedziałam! Ja… Jeśli nie wolno fotografować, nie będę! Ja… Naprawdę nie wiedziałam!
Michaił wybuchnął jeszcze głośniejszym śmiechem:
– Wy, Amerykanie, zupełnie nie rozumiecie żartów! Tę bazę i te łodzie może zobaczyć każdy człowiek na planecie, który ma komputer! Wystarczy otworzyć Google Maps! To już dawno nie jest tajemnica! Kompletnie nie znacie się na żartach!
Olivia skrzywiła się niezadowolona i odsunęła od Michaiła:
– Po prostu trudno nam uwierzyć, że wy, Rosjanie, potraficie żartować!
– Antonio wierzy. Popatrz, Ola, on się śmieje.
Quaglia rzeczywiście się śmiał, kończąc swój rysunek. Następnie odwrócił notatnik w stronę kolegów. Rysował wyśmienicie. A co najważniejsze, bardzo szybko. Nie bez powodu żartobliwie nazywano go drukarką. Na stronie notatnika widniała Olivia Sobieski obwieszona aparatami, z przerażoną miną i w wysokim cylindrze „Wuja Sama”, a na nią natarł Michaił w mundurze i czapce. Na epoletach litery KGB, a w rękach sierp i młot. Przyjrzawszy się karykaturze, Kraszeninnikow zaśmiał się jeszcze głośniej.
– Bravissimo, mój przyjacielu!
– Jesteście jak dzieci – uśmiechnęła się Olivia.
– Czy to coś złego? Przy okazji, Olu, ten półwysep, nad którym lecimy, nazywa się Półwyspem Kraszeninnikowa.
Amerykanka zdziwiła się:
– Nazwali go tak na twoją cześć?
– Nie. Ale i tak miło.
Helikopter kontynuował lot ku południowemu wybrzeżu Zatoki Awaczyńskiej. Nikt na pokładzie maszyny nie wiedział jeszcze, jak brzemienna w skutki dla każdego z nich okaże się decyzja Olivii, by odlecieć nieco dalej od Pietropawłowska Kamczackiego…
Już się ściemniło. Po opuszczeniu terminalu lotniska Wnukowo, Kazimierz Grzelż zanurzył się w natarczywych nawoływaniach taksówkarzy, na które odmachiwał tylko zniechęcony ręką. Był zmęczony. Podróż do miejsc jego dziecięcych przygód nie dodała mu skrzydeł. Wielogodzinny lot, przecinający strefy czasowe ogromnego kraju, wyczerpał go. Marzył tylko o tym, by dotrzeć do domu, wejść do wanny, a potem paść na łóżko i zasnąć. Oczywiście taksówka przyspieszyłaby realizację tego pragnienia, ale ich ceny były skrajnie bezczelne. A po wydatkach na bilety na Kamczatkę i z powrotem, będzie musiał oszczędzać przez rok, by załatać dziurę w domowym budżecie. Poza tym, czekał na niego ktoś z samochodem…
„Dziewiątka” w kolorze mokrego asfaltu stała na parkingu, tak jak przypuszczał. W środku paliło się światło, jako że niebo zdążyło już całkowicie sczernieć. Kierowca, młody jasnowłosy chłopak, czytał jakąś książkę rozłożoną na kierownicy.
Kazimierz otworzył tylne drzwi i niedbale rzucił torbę podróżną na siedzenie. Sam usiadł z przodu, obok kierowcy, który nie przerywał lektury.
– Cześć, Sierioża.
– Cześć, Stanisławowiczu – odezwał się kierowca, nie odrywając wzroku od książki.
Kazimierz zmierzył go wzrokiem i westchnął, kręcąc głową:
– Czy my dzisiaj w ogóle dojedziemy do Moskwy?
– Czekaj, Stanisławowiczu. Zaraz, zdaje się, „Ludożerca” wysadzi lodową tamę…
– Jaki, do diabła, Ludożerca? To jest płatny parking. Stałeś się oligarchą pod moją nieobecność, czy jak? Po samochodzie jakoś tego nie widać.
– Ach, gdybyż to… – westchnął Siergiej i włożywszy smartfon jako zakładkę, zatrzasnął książkę. Następnie przekręcił kluczyk w stacyjce.
Samochód powoli, lawirując między innymi autami, opuścił parking i wyjechał na szosę prowadzącą do miasta.
– Co u Rity? – zapytał cicho Kazimierz.
Siergiej wzruszył ramionami:
– Nie wiem. Mocno się pokłóciliśmy.
– Ale z ciebie idiota – westchnął z rozczarowaniem Grzelż.
– Zgadzam się. Jestem idiotą. Ale ona też, wiesz, nie jest aniołkiem. Cały tatuś, kurde.
– Słuchaj no, Małomalski! – podniósł głos Kazimierz. – Mówisz, przypominam, o mojej córce! Chcesz zarobić w ucho?
– Nie wolno – odparł niewzruszony Siergiej. – Prowadzę. To niebezpieczne.
– Dobra. Przywalę ci, jak dojedziemy.
– Ostrożnie. Mam duży klucz nastawny. No i jak tam wycieczka? Opowiadaj.
– Okropnie – odpowiedział Kazimierz, otwierając okno i zapalając papierosa.
– Dlaczego? Przecież tak marzyłeś. Zbierałeś pieniądze. Mój aparat wziąłeś. Chciałeś spotkać dawnego przyjaciela.
– Wszystko prawda, Sierioża, ale… – Wypuścił kłąb dymu w wieczorne powietrze podmoskiewskie. – Byłem niesamowicie szczęśliwy, że spotkałem przyjaciela z dzieciństwa, to było dla nas święto. Ale nie spodziewałem się, że zobaczę tak… Jak by to ująć… Postapokaliptyczny obraz…
Stara „dziewiątka” w kolorze mokrego asfaltu zbliżała się do Moskwy. A światu pozostało już tylko kilka godzin…
Szkoła numer cztery znajdowała się najwyżej ze wszystkich budynków nad poziomem morza, a dokładniej nad poziomem Zatoki Awaczyńskiej w osadzie Primorski. Zbudowano ją na zboczu wzgórza, podobnie jak pięciopiętrowy blok przy ulicy Władywostokskiej 4. Tyle że wejście do szkoły znajdowało się mniej więcej na wysokości piątego piętra bloku mieszkalnego, stojącego jakieś sto metrów niżej. Czworgu uczniom tej szkoły znudziła się już gra w stalkerów. Dzisiaj postanowili pograć w „kwadraty”. Na placu pod domem dorośli na to nie pozwalali. Piłka co rusz o mało nie uderzała w samochody, których pod blokiem było mnóstwo. Właśnie dlatego wielkooki Andriej Żarow, wysoki Nikita Wiszniewski, jasnowłosy i piegowaty Żeńka Gorin oraz ich przyjaciel Sańka Coj weszli pod szkołę i udali się na podwórze za budynkiem. Narysowali czerwoną cegłą na asfalcie kwadrat podzielony na cztery sekcje. Każdy odpowiadał za swoją. Piłka nie mogła uderzyć o sekcję więcej niż pięć razy. Kto nie zdołał odbić piłki, odpadał. Po wyliczance „kamień-nożyce-papier” ustalili, że pierwszy serwuje Nikita Wiszniewski. Ten przez chwilę się rozgrzewał, klepiąc dłonią gumową piłkę o spękany asfalt szkolnego podwórza.
Słysząc warkot zbliżającego się helikoptera, Wiszniewski obejrzał się. Maszyny jeszcze nie było widać. Sądząc po dźwięku, była już gdzieś nad małą zatoką Kraszeninnikowa. Albo nawet nad stocznią. Ale dwupiętrowy budynek szkoły stał między nimi a osadą, zasłaniając widok.
– Nikitos! – krzyknął oburzony Andriej. – No dawaj, serwuj w końcu! Helikopterów nie widziałeś?
Nikita podbił piłkę i nie dając jej dotknąć ziemi, kopnął nogą. Ta poszybowała w górę i zaczęła opadać na sekcję Sańki Coja. Ten odbił ją rękami, splatając palce. Żeńka odbił łokciem. Helikopter był coraz bliżej…
Andriej Żarow podskoczył i z siłą kopnął piłkę wpadającą w jego pole. Sportowy przyrząd wystrzelił w górę. Wyleciał z cienia rzucanego przez szkołę i znalazł się nad jej dachem. I nagle jasne, niebieskie niebo stało się oślepiająco białe. Przyjaciele zacisnęli powieki z bólu, padając na asfalt. Dźwięk helikoptera stał się nagle rzężący, jakby maszyna się krztusiła. A do tego, mimo cienia własnej szkoły, w którym się znajdowali, zrobiło się nieznośnie gorąco. Tak gorąco, że rozległ się krzyk Nikity:
– Chłopaki, ubranie na mnie płonie!!!
W górze rozległ się trzask. To pękła od promieniowania świetlnego i cieplnego piłka. Dzieci pokładały się na asfalcie, nie wiedząc, gdzie się schować przed tym makabrycznym żarem, choć paradoksalnie w tych chwilach tylne podwórze szkoły numer cztery, zbudowanej tak, by wytrzymała trzęsienia ziemi o sile dziewięciu stopni, było najbezpieczniejszym miejscem. Gdzieś między nimi z mlaskiem upadła pęknięta i topiąca się piłka. Zaraz po świetle i cieple rozległ się huk, jakby pękł cały wszechświat. A potem nadeszła fala uderzeniowa wybuchu termojądrowego…
Odpis z raportu wydziału wywiadu Czerwonego Sztandaru Floty Pacyfiku dla dowództwa Marynarki Wojennej ZSRR. Do użytku służbowego. Ściśle tajne. 1984.
„Zgodnie z uzyskanymi danymi, korelującymi z informacjami z własnych źródeł 1. Zarządu Głównego KGB ZSRR, potencjalny przeciwnik wycelował w Półwysep Kamczacki rakietę balistyczną klasy „Minuteman-3” z głowicą wielokrotną (341. Strategiczne Skrzydło Rakietowe. Współrzędne szybu startowego patrz: załącznik nr 2 do niniejszego raportu. Charakterystykę techniczną rakiet potencjalnego przeciwnika patrz: załącznik nr 1 do niniejszego raportu). Według danych wywiadu, rakieta ta posiada 3 (trzy) niezależne głowice bojowe. Przypuszczalna moc każdego ładunku wynosi od 300 do 700 kT. W przypadku braku działań odwetowych ze strony MW i Sił Powietrznych ZSRR, przewiduje się uderzenia uzupełniające siłami strategicznych okrętów podwodnych potencjalnego przeciwnika, a także pociskami manewrującymi bazowania powietrznego, siłami ciężkich bombowców strategicznych. Moc uderzeń uzupełniających to w przybliżeniu 120–250 kT. Ocena priorytetowych celów pozwala z wysokim stopniem prawdopodobieństwa stwierdzić, że jednym z celów dla głowicy tej rakiety jest lotnisko Jelizowo. Wbrew poprzedniej analizie sugerującej, że lotnisko to jest niezbędne siłom inwazyjnym przeciwnika do lądowań pośrednich lotnictwa bojowego i transportowego, obecność w Jelizowie grupy szybkich przechwytujących MiG-31, zdolnych do zniwelowania ofensywnego potencjału powietrznych sił strategicznych przeciwnika, czyni ten obiekt jednym z priorytetowych celów. Cel dla drugiej głowicy – baza Floty Pacyfiku w Ust-Kamczacku. Cel dla trzeciej głowicy – Druga Flotylla atomowych okrętów podwodnych na Półwyspie Kraszeninnikowa w Zatoce Awaczyńskiej oraz stocznia remontowa w „PK-51”. Według posiadanych danych, głowica ma eksplodować na wysokości 200–400 metrów nad Zatoką Kraszeninnikowa (Śledziową) pomiędzy „PK-51” a punktem stałego bazowania jednostek bojowych Drugiej Flotylli Atomowej. Pierwotne czynniki rażenia, nawet przy minimalnym ładunku 300 kiloton, w ciągu czterdziestu sekund zniszczą zarówno bazę okrętów podwodnych, jak i infrastrukturę stoczniową na przeciwległym brzegu, w „PK-51” (tabele strat w sile żywej wśród wojskowych i cywilów patrz: załącznik nr 3 do niniejszego raportu). Jednocześnie czynniki rażenia oddziałujące na sam Pietropawłowsk Kamczacki, zarówno przy uderzeniu w lotnisko Jelizowo, jak i w Zatokę Kraszeninnikowa, będą minimalne. Pozwoli to siłom inwazyjnym potencjalnego przeciwnika na dalsze wykorzystanie portu morskiego w Pietropawłowsku Kamczackim podczas kolejnego etapu wojny – interwencji zbrojnej na dalekowschodnim terytorium ZSRR…”.
Coś sprawiło, że jedna z głowic zboczyła z kursu… Eksplodowała nie między Półwyspem Kraszeninnikowa a osadą Primorski, lecz między Półwyspem Kraszeninnikowa a Pietropawłowskiem Kamczackim. Gdzieś nad Zatoką Awaczyńską. Tym samym cała potęga wybuchu termojądrowego spadła właśnie na stolicę półwyspu Kamczatka…
W pozostałych kwestiach dane wywiadu Marynarki Wojennej sprzed trzydziestu lat okazały się trafne. Tylko że uderzenia uzupełniające nie nastąpiły. Najwidoczniej nie było już nikogo, kto mógłby je przeprowadzić…
Rozdział 1.1
Świt
Najlepiej ze wszystkich zachowały się właśnie środkowe koszary spośród tych trzech, które stały przy drodze prowadzącej z Wiluczyńska do osady Primorski. Wciąż te same trzy piętra, dwa wejścia i wysokie sufity, sprawiające, że budynek był znacznie wyższy od zwykłego bloku mieszkalnego.
Wewnątrz dawno już zaprowadzono porządek i czuć było, że miejsce to jest zamieszkane. Wraz z pierwszymi promieniami słońca, prześlizgującymi się między wzgórzami od strony Trzech Braci, którzy od tysiącleci strzegli wejścia do Zatoki Awaczyńskiej, na schodach rozległy się kroki.
Antonio Quaglia wciąż nosił tę samą staranną „bródkę intelektualisty”. Teraz jednak nie była ona już kruczoczarna, lecz niemal całkowicie siwa. Twarz przecinało coraz więcej zmarszczek – w końcu minęło tyle lat. Jego głowa dawno też straciła bujną, czarną, kędzierzawą czuprynę; Antonio stał się zupełnie łysy. Pozostał jednak wierny sobie i w każdą rocznicę tamtej straszliwej katastrofy Quaglia wchodził na trzecie piętro ich domostwa, rozstawiał wielką, samoróbczą sztalugę, mocował na niej arkusz brystolu i z właściwą sobie fotograficzną precyzją, doprawioną poetycką duszą artysty, zaczynał malować farbami olejnymi ten sam pejzaż, co rok wcześniej. Zatokę Awaczyńską i jej przeciwległy brzeg, gdzie niegdyś leżał Pietropawłowsk Kamczacki, zniszczony wiele lat temu wybuchem wodorowym; wzgórza, których soczyście zielona roślinność dość szybko odrodziła się po katastrofie, dając nielicznym ocalałym kruchą nadzieję na przyszłość; i oczywiście majestatyczny wulkan Awacza.
Włoski wulkanolog mocno utykał na lewą nogę. Był to skutek poważnego urazu, którego doznał wtedy, podczas awaryjnego lądowania helikoptera. Wszystkie przyrządy w jednej chwili odmówiły posłuszeństwa z powodu impulsu elektromagnetycznego, a pilot Wiktor z całych sił próbował posadzić nieposłuszną maszynę w trybie autorotacji, ratując życie pasażerom. Ludzi uratował. Siebie – nie.
Potem nastąpił straszliwy szok i brak zrozumienia dla tego, co się właściwie stało. Początkowo niemal wszyscy ocalali myśleli, że na jednej z łodzi podwodnych w Rybaczim eksplodowała rakieta lub reaktor. A to oznaczało, że wkrótce przybędą ratownicy. Ludzie nie doczekali się jednak żadnych ratowników ani żadnej pomocy ani po roku, ani po trzech latach. Później myśleli, że jednak wybuchła wojna, biorąc pod uwagę, jak gwałtownie pogarszały się stosunki między państwami w przededniu tamtego potwornego wybuchu. Ale czy wojna może zniszczyć wszystkich i trwać tak długo? Ktoś musiałby się pojawić, tak czy inaczej. Własna armia. Armia wroga. No, ktokolwiek.
Nikt nie pojawił się ani po dziesięciu, ani po piętnastu latach. I teraz ocalali mieli inną wiarę. Wiarę w to, że nie ma już nic więcej. Nic prócz Kamczatki, która potrafi w magiczny sposób i dość szybko odzyskiwać swoje piękno po każdej katastrofie. Tego najwyraźniej nauczyły ją wulkany. Wytrenowały ją do przetrwania po swoich niezliczonych katastrofalnych erupcjach, potokach lawy, bombach wulkanicznych, opadach siarki i chmurach piroklastycznych, zmiatających wszystko na swojej drodze.
Pierwsze deszcze były oczywiście radioaktywne, mimo że wybuch ładunku wodorowego pozostawia mniej promieniowania niż zwykły atomowy. Jednak kolejne deszcze, a potem długa, śnieżna zima zmyły zatrutą warstwę ze wzgórz, niosąc ją rwącymi wiosennymi strumieniami do Zatoki Awaczyńskiej. Woda morska dokończyła dzieła oczyszczenia. Tak, pierwsza zima, trwająca ponad półtora roku, była straszna, głodna i śmiercionośna. Być może zabiła na zachodnim brzegu zatoki nie mniej ludzi niż poprzedzający ją wybuch. Ale jak ciężkie były tamte lata niedoli, tak wspaniała okazała się upragniona, oczyszczająca wiosna i lato, które powróciło do tego zagubionego świata. I od tego pierwszego lata Antonio Quaglia poświęcał swój talent malarski wspaniałości Kamczatki, jej umiłowaniu życia i potędze natury. Był to rodzaj hołdu dla życia.
Trzymał ołówek niczym batutę dyrygenta, a każdy ruch jego ręki, zaznaczającej kontury i szkice pod przyszłe pociągnięcia pędzla, był precyzyjny i pewny. Uśmiechał się w zadumie, patrząc, jak widok z dużego okna na trzecim piętrze z każdym ruchem dłoni coraz bardziej przenosi się na bezosobowy biały papier.
Znów kroki. Tym razem lekkie. Prawie bezgłośne. Olivia postawiła na stoliku obok artysty jeden z dwóch kubków, które niosła w dłoniach. W kubku parował gorący jeszcze napar z igliwia cedrowego – gorzki zamiennik dawno zapomnianej herbaty i porannej kawy. Napar ten pozwalał jednak zachować zdrowie w tym nowym świecie, który pozbył się większości ludzi. Dobra profilaktyka przeciw czerwonce, próchnicy i szkorbutowi. Solidna, ożywcza porcja witamin od rana. A to, że gorzki – to nic. Życie było wielokrotnie gorztsze, a przecież mimo to udawało się nim cieszyć.
– Dziękuję – skinął Antonio i przerywając na kilka sekund, upił łyk naparu.
Tuląc się do starego pledu, by chronić się przed porannym chłodem, Olivia usiadła w wolnym fotelu wyjętym z jakiegoś samochodu i obejmując dłońmi swój kubek, wystawiła wciąż piękną, mimo lat i nieszczęść, twarz na aromatyczną parę unoszącą się z napoju.
– Gdzie Misza? – zapytała cicho.
– Jeszcze w nocy poszedł do osady, zdobyć części do swojego samochodu.
– O mój Boże – kobieta zacisnęła powieki z irytacji i lekkiej złości. – Ile razy go prosiłam, żeby tego nie robił. Ile razy… A on znowu tam polazł. Czy on nie rozumie, że ci bandyci go kiedyś zastrzelą? Jak można być tak lekkomyślnym? I jak można być tak głuchym na moje prośby?
– Uspokój się, Olivio. Misza zawsze znajdował sposób, by się z nimi dogadać. Dlatego właśnie wyszedł w nocy, żeby cię nie niepokoić. I dlaczego nazywasz kwartet z Primorskiego bandytami? Wydaje mi się, że biorąc pod uwagę wszystko, co się stało i położenie, w jakim się znaleźliśmy, zachowują się – choć twardo – to jednak dość adekwatnie do sytuacji.
– Zaprowadzili w swojej społeczności reżim dyktatorski, Tony.
– O, moja piękna, wspaniała Ameryko! – zaśmiał się Quaglia. – Znowu wszędzie majaczą ci się reżimy dyktatorskie!
– Przestań – skrzywiła się Sobieski. – Wiesz, do tej pory nie rozumiem twojego dziwnego humoru, choć w całym moim życiu nikogo nie znam tak długo i tak dobrze.
– A Michaił? – zapytał cicho Włoch.
Olivia uśmiechnęła się, lekko przymykając oczy:
– On jest moim sercem. Choć czasem doprowadza mnie do szału.
– Cóż, moja droga. Jestem Neapolitańczykiem. I humor mam neapolitański. Rodziliśmy się i żyliśmy w cieniu Wezuwiusza. Cieszyliśmy się każdą chwilą życia, pozwalając sobie na żarty ze wszystkiego. Nawet ze śmierci. Pamiętaliśmy bowiem smutny los mieszkańców Herkulanum, Pompei i Stabii i wiedzieliśmy, że musimy cenić każdą sekundę, bo kolejna może być godziną przebudzenia wulkanu. – Odłożył ołówek i skierował zamyślone spojrzenie na biały szczyt Awaczy. – Święta Maryjo! Och, Olivio, gdybyś wiedziała, jak w dzieciństwie bałem się Wezuwiusza. Zwłaszcza gdy zostawałem sam w domu. Patrzyłem w okno i błagałem Wulkan, żeby się nie budził. Przecież wszystko co złe może się stać tylko wtedy, gdy rodziców nie ma w pobliżu. Myślałem sobie, że na pewno przeżyję, ale nie zdołam odnaleźć bliskich w tym chaosie. Nigdy jednak nikomu nie przyznałem się do tego strachu. Bo to był strach szczególny. Rodzaj dziwnej więzi między mną a tym wulkanem. Jak syndrom sztokholmski, kiedy zaczynasz żywić specyficzną sympatię do tego, kto ci zagraża. I dlatego, gdy z przyjaciółmi, będąc jeszcze dziećmi, chodziliśmy na zbocza Wezuwiusza bawić się w powstałych gladiatorów, którzy ukryli się na górze przed rzymskimi legionami na stulecie przed tą straszną erupcją, milczałem. Milczałem o tym, że przeraża mnie myśl o wspinaczce na źródło moich lęków. Milczałem i szedłem, przezwyciężając strach.
– Dlatego zostałaś wulkanologiem, pamiętam – uśmiechnęła się Sobieski, kręcąc głową.
– Tak. Chciałem poświęcić się rozwikłaniu wszystkich jego tajemnic. Nauczyć się przewidywać jego kolejne kroki. Myślałem, że to pozwoli mi uratować mieszkańców rodzinnego Neapolu, w porę przepowiadając erupcję, jeśli Wezuwiusz takową zaplanuje.
Kobieta podciągnęła nogi, sadowiąc się wygodniej, objęła je ramionami i opierając podbródek na kolanach, również oddała się wspomnieniom:
– A ja urodziłam się w West Yellowstone. Małe miasteczko w Montanie. Parę mil od granicy z Wyoming. Mieszkałam przy Grizzly Avenue.
– Co, naprawdę? – zaśmiał się Antonio. – Grizzly?
Olivia uśmiechnęła się:
– Tak, Tony. Grizzly Avenue. Łowiłam ryby z ojcem na Madison Arm. Brał mnie ze sobą wszędzie, odkąd tylko nauczyłam się chodzić. Malutkie nóżki małej Olivii wydeptały ścieżki w całym tym wielkim rezerwacie. Zdobywały góry Coffin, Bald Peak, Kirkwood Ridge. A potem, gdy stałam się nieco starsza, dowiedziałam się, że te piękne, baśniowe miejsca to jedna gigantyczna bomba. Superwulkan zdolny zniszczyć nasz świat. I ja również poznałam strach. Wezuwiusz, Pinatubo, Krakatau, Awacza, Kluczewska Sopka, Szywiełucz, Mount St. Helens… Nawet wszystkie razem wzięte nie dorównują potęgą Yellowstone. To po prostu Darth Vader wśród wulkanów.
Antonio uśmiechnął się:
– Spójrz na to jasne, czyste niebo, Olivio. Gdyby twój Darth Vader się obudził, wiedzielibyśmy o tym. Popiół zasłoniłby słońce. Czekałaby nas zima dłuższa i mroźniejsza niż ta straszna zima po wojnie. Więc wszystko jest w porządku. A o tym, czy coś stało się z Wezuwiuszem przez te wszystkie lata, nigdy się nie dowiem. Zabawne, prawda?
Sobieski podniosła wzrok na rozmówcę:
– Co w tym znajdujesz zabawnego, Tony?
– My dwoje tak bardzo baliśmy się wulkanów, które kołysały nasze sny i rzucały złowrogie cienie na nasze dzieciństwo… Z taką pasją rzuciliśmy się do ich badania, by wiedzieć, kiedy zaplanują coś złego… A ostatecznie wszystko zniszczyli mali, nędzni ludzie…
Rozdział 1.2
Błądzić po zakładzie, który był większy niż miejscowość, w której się znajdował, można było przez tyle samo lat, ile on już mieszkał w jego okolicach. I zawsze istniała szansa na znalezienie czegoś pożytecznego, zależnie od potrzeb. Północne ściany hal produkcyjnych mocno ucierpiały od fali uderzeniowej. Kominy zakładowej kotłowni dawno się rozsypały. Żurawie portowe na nabrzeżach leżały przewrócone. Połowa budynków była częściowo zburzona. I niemal wszystko ucierpiało od ognia. Jednak gigantyczny słup wody, wyrzucony wybuchem z Zatoki Awaczyńskiej, rozniósł po okolicy wodną mgłę, która nie pozwoliła pożarom szaleć zbyt długo i rozprzestrzenić się daleko.
Michaił Kraszeninnikow ostrożnie wyjrzał zza rogu budynku administracyjnego. Dawno już świtało, a nie chciał rzucać się w oczy miejscowym. Relacje z mieszkańcami osady Primorski nie ułożyły się im od samego początku. Nic dziwnego! Ledwie zdążył opaść pył po grzybie wybuchu termojądrowego, gdy z nieba runął helikopter. A w nim przeżyły trzy z czterech osób, przy czym dwie z nich w tamtym czasie praktycznie nie mówiły po rosyjsku. To mogło wywołać – i wywołało – mnóstwo pytań. Co prawda na początku ludzie byli zajęci paniką, gaszeniem pożarów, odgruzowywaniem i szukaniem bliskich. Ale potem…
Michaił musiał włożyć ogromny wysiłek, by przekonać miejscowych, że towarzysząca mu cudzoziemka to uczona z Finlandii, a z Finlandią nie było żadnej konfrontacji ani wrogości. Czarnobrody mężczyzna nie był zaś arabskim terrorystą, lecz kolegą po fachu z Kuby, a z Kubą Rosja żyła w przyjaźni. Długo musiał wmawiać ludziom, że gdyby ta dwójka była amerykańskimi dywersantami, którzy przylecieli wysadzić Kamczatkę, to przed misją na pewno zostaliby wyszkoleni w perfekcyjnym posługiwaniu się językiem rosyjskim. Wtedy tłum uznał, że należy rozerwać na strzępy jego, Michaiła Kraszeninnikowa. Skoro władał rosyjskim perfekcyjnie, to znaczyło, że jest amerykańskim dywersantem, który przyleciał wysadzić Kamczatkę.
Pierwsze dni były straszne. Tak straszne, że do dziś drżał na samą myśl o nich. Ani późniejsza długa zima i głód, ani epidemia w osadzie i masowe zgony na chorobę popromienną, ani rozłam ocalałych na walczące ze sobą gangi nie mroziły mu tak krwi w żyłach. To wszystko też było przerażające. Ale nie tak, jak te pierwsze dni. Nie rozumiał, co się stało. Awaria na okręcie, meteoryt, wojna? Wiedział tylko, że to na pewno nie jego działka. Żaden wulkan. Nie wiedział, co z nimi będzie za godzinę, a nawet za minutę. Co postanowi tłum? Bał się o życie ciężko rannego Antonio. I niewymownie bał się o Olivię. Cienką, przerażoną, niemą z szoku i najwyraźniej pogodzono ze zbliżającą się śmiercią młodą dziewczynę. Zrozumiał, co czuje do niej w tamtych strasznych chwilach po wybuchu. Chociaż nie. Uczucia pojawiły się chyba już przy pierwszym spotkaniu. Ale nabrały kształtu i stały się jasne dopiero wtedy, gdy nad jej głową zawisło śmiertelne niebezpieczeństwo.
Jednak znaleźli się litościwi ludzie. Pomogli Włochowi, nie wiedząc, że jest on Włochem. Co prawda w tamtych warunkach trudno było mieć nadzieję, że jego złamanie zrośnie się prawidłowo. I teraz skazany jest do końca życia na utykanie. Ale wtedy było zbyt wielu poszkodowanych i zbyt mało ludzi zdolnych udzielić fachowej pomocy medycznej, by miało sens kogoś za to winić.
Tamtą zimę przeżyli razem, ale on wciąż się bał. Jedno nieostrożne słowo i ktoś na pewno zrozumie, że dziewczyna nie jest z Finlandii, tylko jest Amerykanką. Że brodaty ze złamaniem to Włoch. A więc przedstawiciel sojuszniczego Stanom kraju. Ludzi przecież od samego początku świerzbiły ręce, by kogoś zabić za to, co się stało. I nagle – taki prezent.
Gdy tylko warunki na to pozwoliły, Michaił znalazł schronienie dla nich trojga. Środkowe z trzech dawno opuszczonych koszar, kilkaset metrów od głównych siedzib mieszkańców Primorskiego. Potem zaczęły się waśnie między frakcjami, ale to wszystko działo się jakby obok ich nowej kryjówki. A później zaczęło dorastać nowe pokolenie ocalałych. I najbardziej zgrani i dość inteligentni z nich – czterech nastolatków, których teraz nazywają kwartetem z Primorskiego. To właśnie oni w pewnym przełomowym momencie przejęli władzę i położyli kres wojnie ugrupowań, wyrzynając ich nieprzejednanych liderów. Potem zrobili to samo z ocalałymi w Wiluczyńsku, miasteczku znacznie większym niż Primorski, położonym około trzech kilometrów na północny zachód od ich osady. Ocalałych było tam więcej, a więc i więcej band. To przy tym, że Wiluczyńsk ucierpiał bardziej z powodu braku naturalnej bariery ochronnej przed wybuchem, jaką miał Primorski. Miasteczko 51 zostało częściowo ocalone przez Półwysep Kraszeninnikowa, na którym znajdowała się baza okrętów podwodnych. To właśnie w ten niewielki półwysep uderzyło najmocniej. Natomiast między Wiluczyńskiem a epicentrum nie było prawie nic, prócz tafli wody Zatoki Awaczyńskiej.
Zaprowadziwszy porządek w Primorskim, kwartet wziął się za najbliższe miasteczko. Najpierw wywiad. Potem sabotaże. Udawało im się z powodzeniem eliminować liderów najgroźniejszych ugrupowań. A potem zaproponowali układ pozostałym. Zjazd, na którym miało nastąpić ostateczne podzielenie stref wpływów band, zwołano w północnych koszarach. Tuż obok mieszkania Michaiła, Olivii i Antonio. Do bunkra pod koszarami zeszło trzydzieści dziewięć osób. Wyszło stamtąd tylko czworo. Kwartet z Primorskiego. Nikt nie wiedział, jak dokładnie rozprawili się z rywalami. Ale od tamtej pory cała czwórka budziła powszechny lęk. I ich autorytet wzrósł niebywale. Potem musieli jeszcze przez jakiś czas użerać się ze zwolennikami zlikwidowanych watażków, ale teraz, od bardzo dawna, Wiluczyńsk znajduje się pod niekwestionowanym protektoratem kwartetu z Primorskiego. A inni ocalali po prostu nie mają skąd się tu wziąć. Najbliższa miejscowość – Rybaczy – znajdowała się o cztery kilometry bliżej epicentrum. Kto tam nie wyparował podczas wybuchu, spłonął zaraz po nim. Tak samo martwy i bezludny wydawał się leżący na przeciwległym brzegu Pietropawłowsk Kamczacki. Spojrzenie na niego przez lornetkę tylko potwierdzało obawy, że od wielu lat nie ma tam życia.
Ostrożnie się rozejrzawszy, Michaił upewnił się, że w zakładzie jeszcze nikogo nie ma. Wyciągnął z wyrwy w murze wózek wyładowany dzisiejszymi zdobyczami i przyczepił go do swojego roweru, ukrytego w wysokiej trawie pod ścianą. Następnie skierował się ku brzegowi zatoki, by po szarym przybrzeżnym piasku ominąć osadę i dotrzeć do swojego domu.
Rozdział 1.3
Zanim jednak zdążył dojść do powalonego ogrodzenia terenu zakładu, usłyszał głos dobiegający z dachu starego kontenera, obok którego właśnie przechodził.
– Aj-aj-aj, Misza. Jakim ty jesteś marnym człowiekiem.
Kraszeninnikow znieruchomiał, powoli odwrócił głowę i uniósł wzrok. Na dachu kontenera kucał Andriej Żarow. Jeden z członków owego kwartetu. W lewej ręce przesuwał paciorki różańca zrobionego z łusek karabinowych, w prawej trzymał pistolet TT.
– Mamy przecież układ, Misza – ciągnął Andriej. – Jeśli chcesz poszukać w naszej cichej przystani czegoś pożytecznego dla siebie, informujesz mnie, albo Gorina, albo Wiszniewskiego, albo Coja. Prosisz nas o pozwolenie na przyjście tutaj i grzebanie w naszych rzeczach. I dopiero gdy je otrzymasz, przychodzisz i szperasz. A potem pokazujesz wszystko, co zdobyłeś, i my decydujemy, co możesz wziąć ot tak, co możesz zabrać za odpowiednią opłatą, a czego nie możesz wziąć pod żadnym pozorem. Zapomniałeś o tym, szczurze?
– Nie. Nie zapomniałem – westchnął Kraszeninnikow.
– Więc jak wyjaśnisz, że wczesnym rankiem już z pełnym wózkiem próbujesz zwiać z naszego terytorium?
– Przyszedłem w nocy i nie chciałem nikogo z was niepokoić. – Mówiąc to, Michaił skrzywił się na myśl o tym, jak głupio brzmiała ta wymówka.
– No i po kiego grzyba przyszedłeś w nocy, do jasnej cholery?
– Mam bezsenność.
– Doprawdy? – uśmiechnął się szyderczo Żarow. – Pozwól więc, że dam ci darmową radę. Jeśli masz bezsenność, zdejmij majteczki swojej fińskiej przyjaciółce i wsadź jej głęboko. Po pięciu minutach zaśniesz jak niemowlę.
Po tych słowach zza kontenera dobiegł czyjś rechot i wyszedł stamtąd młody chłopak z automatem. Jeden z pomocników kwartetu. A tuż za nim wyszedł Jewgienij Gorin z karabinem snajperskim SVD w dłoniach. Trącił kolbą karabinu śmiejącego się chłopaka w bok, by uciszyć go.
– Czy może tej nocy nie twoja kolej, tylko twojego kulawego kumpla? – drwił dalej Żarow.
Pięści się zacisnęły, a Michaił spojrzał ze złością na Andrieja:
– Nie waż się tak mówić!
Ten zeskoczył z kontenera i podszedł bliżej.
– Bo co?
– Po prostu proszę o odrobinę szacunku…
– Szacunku? – Głos Żarowa był tak spokojny i jednocześnie groźny, że Michaił pragnął już tylko, by ten w końcu zaczął krzyczeć. – A z jakiej racji mam ci okazywać szacunek, co? Czy ty okazujesz szacunek nam? Łamiesz ustalone przez nas zasady. Łamiesz nasz układ. A teraz mówisz o szacunku? Wywalaj wszystko z wózka.
– Posłuchaj, Andrieju…
– Wywalaj wszystko z wózka! – W końcu podniósł głos, ale wcale nie zrobiło się od tego lżej.
Kraszeninnikow westchnął i spełnił żądanie, przewracając dwukołową przyczepkę swojego roweru i wysypując na ziemię wszystko, co potajemnie nazbierał w nocy.
– No, no… – Żarow kucnął i zaczął przeglądać trofea. – Co to? Paronit?
– Tak. Ale tam jest jeszcze dużo arkuszy. Wziąłem tylko dwa małe kawałki.
– I po co?
– Chcę wyciąć z nich uszczelki pod blok cylindrów i miskę olejową.
– Ach tak, przecież ty tam składasz jakiegoś grata – pokręcił głową Żarow, odrzucając na bok nierówne kawałki paronitu. – I jak sukcesy?
– Na razie średnio…
– Tak, a tutaj co? – Andriej rozwiązał sznurek na ciężkim worku marynarskim.
– Śruby, nakrętki, podkładki, sprężynówki, klucze płaskie.
– No proszę. Widzę, że tupetu ci nie brakowało…
– Posłuchaj, Andrieju, tam są tony tego dobra.
– Oczywiście – skinął Żarow. – Są tony. Ale i ocean składa się z kropel. A te wszystkie śruby i nakrętki nie rosną na drzewach. Nie ma teraz produkcji. A to oznacza, że ten zasób nie jest odnawialny, w przeciwieństwie do szyszek cedrowych i czosnku niedźwiedziego.
– Chcę po prostu złożyć samochód.
– No dobrze, a jaki ja mam w tym interes, co, Misza?
– Co jeśli, złożywszy go, pojadę do Pietropawłowska i przywiozę stamtąd mnóstwo pożytecznych rzeczy dla waszej osady?
– My remontujemy statek. Czy nie znajdziemy się tam wcześniej? – zaśmiał się Żarow.
– Tak, ale samochód złożyć łatwiej niż…
– Oczywiście. Tylko go składasz ty jeden. A statek remontujemy my wszyscy. Zatem: jaki mam interes w twoim samochodzie?
– Dobra. Niech nie będzie Pietropawłowsk – westchnął Kraszeninnikow. – A co jeśli pojadę do Paratunki i przywiozę stamtąd lecznicze błota i wodę mineralną? Do Paratunki statkiem nie dopłyniesz.
– Nu, nu. I kto ci pozwoli brać tam błoto i wodę? Czy myślisz, że skoro w Paratunce od dawna nikt nie mieszka, to wszystko, co tam jest, do nikogo nie należy? Wszystko na tej ziemi należy do naszych osad. A samochody, żeby jeździć tam po lecznicze błota i wody mineralne, mamy też i my. Ale wiesz, co mnie tak naprawdę najbardziej ciekawi? Skąd weźmiesz olej i paliwo do swojego rzęcha?
– Przecież macie tego całe morze. Podziemne magazyny floty i tutaj, i w Rybaczim były chronione przed wybuchami i większość z nich ocalała…
– No proszę, tak sprawa wygląda? I co mnie przekona, bym się z tobą podzielił?
– Mamy duże zapasy szyszek cedrowych i igliwia – wzruszył ramionami Michaił.
– My też mamy. Jesteśmy pracowitą wspólnotą i dary natury zbieramy z wielką pilnością. Młodych paproci też mi nie proponuj. Ani czosnku niedźwiedziego, ani szczawiu, ani dzikiej róży, ani pokrzywy. Każdy mieszkaniec naszej osady ma obowiązek zrobić zapas na przyszłą zimę. Mamy też pasiekę, farmę królików i kurnik. A agrest wzdłuż głównej ulicy rośnie od niepamiętnych czasów. Co więc możesz nam zaproponować?
– A czego chcesz? – westchnął Kraszeninnikow.
– Baby twojej chce! – zaśmiał się chłopak z automatem.
Andriej Żarow skrzywił się, zaciskając usta. Następnie uniósł rękę, dając Michaiłowi znak, by poczekał, i odwróciwszy się, podszedł do strzelca.
– Posłuchaj, pajacu. Jeśli jeszcze raz otworzysz jadaczkę, żeby palnąć jakąś bzdurę, wezmę twój automat, wsadzę ci go do gardła, potem wyciągnę tyłkiem i znów wsadzę do gardła. Skinij, jeśli zrozumiałeś.
– Wybacz… Żar… Zrozumiałem… – wymamrotał przerażony strzelec.
– Chyba gówno zrozumiałeś. Powiedziałem: skinij, a nie otwieraj gęby. Zamknij ją całkowicie i nie otwieraj, aż przyjdzie czas obiadu. Zrozumiałeś teraz, kretynie?
Tamten skinął głową, natychmiast pokrywając się potem.
– Wspaniale. Wróćmy do naszych baranów.
Żarow kontynuował przeglądanie zdobyczy Michaiła, a Kraszeninnikow patrzył na nie z rezygnacją, rozumiejąc, że trud nocnej wyprawy poszedł na marne.
– A to co, farby akwarelowe? – Andriej obracał w rękach pudełko.
– Tak.
– I skąd je wziąłeś? Na pewno nie z zakładu.
– To dla mojego przyjaciela… Znalazłem je…
– Gdzie? No?
– Tam, niedaleko biura przepustek, dom dawno opuszczony…
– Tak? I na domku wisiała tabliczka „Michaił Kraszeninnikow może brać, co chce”?
– Nie…
– I wiesz, co to oznacza? To oznacza, że jesteś nie tylko złodziejem, ale i szabrownikiem.
– Słuchaj – wybełkotał zupełnie marny na twarzy Michaił – zapłacę…
Włożył rękę do kieszeni starych wojskowych spodni i wyciągnął ją, trzymając pistolet PM.
– Cholera! – krzyknął Jewgienij Gorin, natychmiast odbezpieczając karabin i celując z SVD w głowę Kraszeninnikowa. Strzelec z automatem również zareagował. Jeszcze chwila i oddadzą strzał…
– Stójcie, stójcie, STÓJCIE!!! – krzyknął Michaił, rozkładając ręce na boki i pokazując rękojeść pistoletu. – On jest pusty! Bez naboi! To moja zapłata!
Żarow natychmiast wyrwał mu broń i patrząc z wściekłością na naruszyciela lokalnych porządków, warknął:
– Skąd to masz? Odpowiadaj, już!
– Znalazłem.
– Gdzie?
– Tam – Kraszeninnikow skinął na dawny budynek administracyjny. – Wewnątrz, odgruzowywałem i natknąłem się na to…
– Czyli proponujesz mi za skradzione nam rzeczy skradziony nam pistolet?
Rozdział 1.4
– Ale ja go znalazłem, do diabła! – rozzłościł się Michaił.
– Nic nie zrozumiałeś, co? Wszystko, co znajduje się tutaj… Nieważne gdzie dokładnie, ale na kontrolowanym przez nas terytorium, zarówno w Primorskim, jak i w Wiluczyńsku – NALEŻY DO NAS! Mógłbym przyjąć, że go znalazłeś, gdybyś przyszedł tu szperać legalnie, a nie jak szczur, pod osłoną nocy. Ale ty kradniesz naszą własność i jeszcze próbujesz nią nam płacić!
– Znalazłem ten pistolet i go oddałem. Wolałbyś, żeby broń znalazł ktoś z waszych ludzi, niezadowolonych z waszych rządów?
– Ręce do góry! – krzyknął Jewgienij. – Andriucha, lepiej go przeszukaj. Może naboje schował osobno.
– Masz rację. – Żarow zaczął macać ubranie Kraszeninnikowa.
– Nie mam nic więcej – wydusił ze złością Michaił. – Przyszedłem bez waszej wiedzy, bo zabieracie jedną trzecią tego, co uda mi się zdobyć. Mam tego serdecznie dosyć.
– Ach tak, doprawdy? – uśmiechnął się szyderczo Andriej, upewniwszy się, że intruz nic więcej nie ukrył. – A wiesz, dlaczego jedną trzecią? Bo żyjecie tam sobie sami dla siebie. Gruchacie, urządzacie sobie jakieś trójkąciki, nie wiem, w sumie gówno mnie obchodzi, co tam robicie. Najważniejsze, że nie pracujecie dla wspólnego dobra. Więc kto oprócz ciebie, powiedz mi łaskawie, może być niezadowolony z naszej władzy, co?
Mówiąc to, odwrócił się nagle do chłopaka z automatem:
– Riaboj, no odpowiedz, może ty jesteś niezadowolony z naszej władzy?!
Chłopak uniósł brwi, milczał i tylko gwałtownie pokręcił głową.
– Co, język ci kołkiem stanął?
– Andriuch, przecież sam mu kazałeś gęby nie otwierać – zaśmiał się Gorin.
– Cofam to na cztery minuty. Mów.
– Jestem ze wszystkiego zadowolony! – wykrztusił strzelec.
– Konkretnie. Dlaczego. Mów!
– Nie ma u nas złodziejstwa! Nie ma głodu! Mamy sprawiedliwą redystrybucję zasobów! Nikt nie zostaje sam ze swoją biedą. I zmuszacie nas do czytania! – krzyknął na jednym wydechu Riaboj.
– Zmuszamy? – skrzywił się Andriej. – Pogięło cię?
– Nie. Nie zmuszacie! Symulujecie!
– Stymulujemy, durniu – podpowiedział mu cicho Gorin.
– Oj, tak! Stymulujecie czytanie! Dużo czytania!
– A dlaczego? – zmrużył oczy Żarow.
– Bo każde kolejne pokolenie nie powinno być głupsze od poprzedniego!
– No proszę, zuch chłopak. Słyszałeś, Misza? Oni są ze wszystkiego zadowoleni.
– No, jasne – Michaił pokręcił głową ze sceptycyzmem i pogardą.
– A teraz najważniejsze. – Żarow wziął od Jewgienija SWD i celując z karabinu w Michaiła, przywarł do celownika optycznego. – Byłeś niezadowolony, że zostawiamy ci jedną trzecią zdobyczy. Teraz nie dostaniesz nic. Zupełnie nic. Powiem więcej. Jeśli jeszcze raz pojawisz się u nas bez uprzedzenia i bez naszej zgody, nie będę już nic mówił. Spojrzę na ciebie przez ten celownik po raz ostatni i pociągnę za spust. Potem przyjdziemy do waszej nory i poderżniemy gardło twojemu kulawemu koledze. A twoją babę, Misza, zabierzemy ze sobą jako zapłatę za nabój zużyty na twoją głowę. Ale jesteśmy wielkoduszni. Nasz układ wciąż obowiązuje. Jeśli musisz coś znaleźć, przychodzisz, prosisz o pozwolenie, szukasz, pokazujesz zdobycz. Jednak za karę przez najbliższe dziesięć dni lepiej nie zbliżaj się do naszej osady. Zrozumiałeś wszystko?
– Tak…
– Wspaniale. A teraz wynocha. I pamiętaj. Dziesięć dni.
Kraszeninnikow podniósł rower, poprawił wózek i posępnie ruszył w stronę drogi. Nie było już sensu ukradkiem wycofywać się brzegiem zatoki.
– Stać! – krzyknął nagle Żarow, gdy Michaił był już za ogrodzeniem.
– Co znowu? – odparł wściekły, odwracając się.
Żarow i Gorin podeszli do niego, a Kraszeninnikow poczuł, że kroi się coś niedobrego.
– Mnie to oczywiście powiewa – zaczął z pogardą Andriej. – Ale Żenia to u nas humanista i upiera się, że powinniśmy cię ostrzec przed czymś jeszcze.
– Słucham.
Gorin poprawił słomkową grzywkę i skinął głową.
– Dobrze robisz, że słuchasz. Pamiętasz, jak w zeszłym roku pojawił się tutaj gigantyczny niedźwiedź? Słyszałeś o tym? Rozwalił nam daleką pasiekę i jedną z zagród dla królików.
– Tak, pamiętam. Potem chyba zimą też było z nim coś związane.
– Zgadza się – skinął Jewgienij. – Zagryzł jednego z naszych ludzi. I jeszcze trzech w Wiluczyńsku. Ślady tam były takie same. No więc wygląda na to, że ten potwór wrócił. Dwa dni temu zaginęła jedna z naszych grup zbieraczy. Dwie osoby. Później ich znaleźliśmy. A raczej to, czego zwierz nie dojadł. I ślady ogromnych niedźwiedzich łap. Bardzo ci radzę, nie puszczaj swoich przyjaciół na wzgórza.
– Cholera, ale my też musimy przygotować zapasy na zimę. Wątpię, żebyście się z nami podzielili albo dali mi broń.
– Jesteś cholernie domyślny – zaśmiał się Andriej. – Gówno od nas dostaniesz, zwłaszcza po dzisiejszym. Ale mimo wszystko jest pewna opcja, nie jesteśmy w końcu zwierzętami.
– I co to za opcja?
– Twoja baba może przychodzić do naszej osady o świcie. I wychodzić na wzgórza w składzie naszych grup zbieraczy. Oni teraz będą uzbrojeni. Ale piątą część tego, co zbierze, będzie zostawiać nam.
– Dlaczego akurat ona? – spiął się Michaił.
– A tutaj to cię myślenie zawodzi – westchnął Żarow. – Bo twój kulawy kubański kolega byłby tylko obciążeniem. Przecież on ledwo chodzi. Ale jeśli myślisz, że któryś z nas zrobi twojej babie krzywdę, to nas obrażasz. Zresztą, decyzja należy do ciebie. Jeśli chcesz, możesz sam przychodzić i dołączać do grup wychodzących na wzgórza. Ale dziesięciodniowego embarga na twoją obecność nie cofamy. I ty nie będziesz zostawiał piątej części, tylko połowę. Wybór należy do ciebie. I pamiętaj o naszej wielkoduszności.
Rozdział 2.1
Kwartet z Primorskiego
Każdy z nich miał imię. I każdy posiadał ksywkę. A raczej prawie każdy. Aleksander Coj nie miał ksywki. Przy takim nazwisku nie była mu potrzebna. Na Andrieja Żarowa mówili Żar. Tu wszystko było jasne – skrót od nazwiska, ale być może wpływ miał też jego wybuchowy charakter. Żeni Gorinowi jego ksywka – Góra – zupełnie nie pasowała. Nawet podobieństwo brzmienia do nazwiska nie pomagało w jej odbiorze. Eugeniusz nie był ani wysoki, ani potężny. Do tego z wyglądu był spokojny i dobrotliwy. Ale tutejsze wzgórza też wyglądały spokojnie, a nawet dobrotliwie, mimo że to przecież małe góry. Nikita Wiszniewski dorobił się ksywki z zupełnie innych powodów. Nazywali go Half-Life. Jednak znacznie częściej po prostu Half. A już zupełnie rzadko – Freeman. Nikita był wysoki, chudy, nosił okulary i starannie przystrzyżoną bródkę. Wykapana postać z gry komputerowej. Co prawda wszyscy już dawno zapomnieli o komputerach i grach. Pewnie tak samo, jak będąc dziećmi, ta czwórka nie mogła pojąć, czym jest ta żelazna skrzynia pośród gratów w opuszczonym jeszcze na długo przed wojną kinie. To właśnie na tej skrzyni zobaczyli niegdyś dziwnego nieznajomego, który ubolewał nad tym, jak marnie zrobiło się w miasteczku jego dzieciństwa. A był to jedynie automat do gry – „Bitwa morska”, dobrze znany zupełnie innemu pokoleniu.
Andriej Żarow w zadumie przyglądał się rdzewiejącemu żelastwu. Odnalazł nawet wzrokiem cegłę, którą rzucił w tę skrzynię w przededniu tamtego strasznego wybuchu. Teraz doskonale rozumiał nieznajomego, który przyjechał z Moskwy, by z posępną miną siedzieć tutaj, na zgliszczach własnego dzieciństwa.
– I co powiesz, Żar? – zapytał jeden z grupy zbrojnych. – Tu na dachu byłoby idealne miejsce na punkt obserwacyjny. Jeśli niedźwiedź się pojawi, dostrzeżemy go z daleka.
– Nie, Stas – odparł Andriej i podniósłszy niewielki kamień, rzucił go w obudowę „Bitwy morskiej”, tak jak wiele lat temu. Przed katastrofą.
– A to niby dlaczego? – bojownik rozłożył ręce z rozczarowaniem. – Stąd jest świetny widok. Wejdź na górę, sam zobacz.
– Wiem. Za dzieciaka zeszliśmy te ruiny wzdłuż i wszerz. Ale to jest zbyt wątłe. Zawali się razem z wami i tyle.
– Przymioty, Andriej, niby czemu miałoby się zawalić? Tyle lat stoi i…
– Wszystko się kiedyś zawali, Stas. Absolutnie wszystko. Wczoraj były wstrząsy. Dziś rano chyba też.
– Przecież te mikrotrzęsienia ziemi są tu zawsze, Żar. Jak wrzask mew.
– Szukajcie innego miejsca na punkt obserwacyjny. Tutaj jest niebezpiecznie. Może runąć. – Żarow był nieugięty.
Wyszedł z porośniętego chwastami i młodymi drzewami starego budynku kina „Wiluj” i niespiesznym krokiem ruszył w stronę głównej ulicy osady Primorski. Przy rdzewiejącym nadwoziu starych „Żyguli”, które dawno już wrosły w ziemię, stał zaparkowany jego rower.
Drogą od południa nadjeżdżały trzy wozy konne z ludźmi. Żywe konie udało się zdobyć już dawno w Wiluczyńsku. Na szczęście zwierzęta te były zdolne do rozrodu, a w obecnych warunkach stały się po prostu niezastąpione. Karawan z południa wracał w rzeczywistości z Półwyspu Kraszeninnikowa. Była to siódma ekspedycja do osady Rybaczy. Droga lądowa, okrążająca Zatokę Śledziową, wynosiła około dwudziestu kilometrów, choć w linii prostej między ocalałym Primorskim a wypalonym Rybaczy było zaledwie nieco ponad cztery. Żarow pochylił się, wyrwał źdźbło trawy i zacisnął je w zębach, czekając, aż karawan przejedzie obok.
W ostatnim wozie siedział sam Half. Widząc przyjaciela, zeskoczył na ziemię i ruszył w jego stronę, każąc reszcie jechać dalej.
– Długo was nie było. Prawie trzy doby – powiedział Żarow, ściskając dłoń Wiszniewskiego.
– Przeszukaliśmy jeszcze parę miejsc. Dlatego zeszło dłużej.
– Rozumiem – westchnął Andriej. – Sądząc po twojej minie, tego, czego szukamy, nie znaleźliście?
Nikita pokręcił głową:
– Nie. Przecież od dawna ci powtarzam, że to płonna nadzieja. Nie mogli ich trzymać w tym samym miejscu, co łodzie.
– A dlaczego tak uważasz?
– Z tego samego powodu, co wcześniej. Ze względów bezpieczeństwa. Żeby wróg nie załatwił wszystkiego jedną rakietą.
– To akurat jasne. Ale w zakładzie stoi nasz jedyny ocalały uderzeniowy atomowy okręt podwodny. Oczywiście, gdy okręt trafia do remontu, wyładowuje się z niego uzbrojenie i paliwo z reaktorów. Ogniwa paliwowe znaleźliśmy w głębokim bunkrze pod zakładem. Gdzie są torpedy i rakiety? W zakładzie ich nie ma. Przez te lata przeryliśmy wszystko. Pracownicy zakładu też o nich nie słyszeli. Znaczy, wyładowali je w Rybaczim, zanim go tu wprowadzili. Logiczne?
– Logiczne, jeśli nie ma się bardziej szczegółowych danych – skinął Wiszniewski. – Ale nic nie znaleźliśmy. Być może amunicja została przeładowana na te okręty, które leżą teraz na dnie przy nabrzeżach Rybaczego. Albo na te, które wyszły w ocean przed wojną.
– Gdzieś muszą być magazyny amunicji.
– Po kiego czorta ci one, Andriej?
– Jeśli wyremontujemy okręt, to nie zamierzam wypuszczać go na ocean bez uzbrojenia.
Nikita zaśmiał się:
– Nadal masz na tym punkcie obsesję? Kto poprowadzi ten okręt?
– Tutaj i w Wiluczyńsku zostali ludzie, którzy służyli w marynarce. Także na okrętach podwodnych.
– To marniejący starcy – machnął ręką Half. – Jak ich przekonasz do rejsu? Chcą spokojnie dożyć swoich dni. A tutaj jest chyba najbezpieczniejsze i najspokojniejsze miejsce dla ludzi, którzy zostali.
– Nikita, przypomnij mi, ile tam zatopionych jednostek spoczywa przy nabrzeżach po wybuchu?
– Cztery. Jedna spalinowa, reszta atomowe. Sam byłeś na poprzedniej ekspedycji i widziałeś.
– Trzy atomowe okręty to sześć reaktorów. Nie wspominając o uzbrojeniu na pokładach. A teraz wyobraź sobie, że kiedyś słona woda zeżre stal i dobierze się do środka. Wtedy będzie po wszystkim. Wtedy naprawdę nie będzie się tu dało żyć. Wszystko się kiedyś zawali…
– Ale kiedy to będzie, Andriej? Minie ze sto lat. Czytałem gdzieś, że po drugiej wojnie światowej alianci zatopili wszystkie chemiczne pociski i bomby Hitlera w Bałtyku. A tamte stopy nie były tak wytrzymałe jak w nowoczesnych okrętach, nie mówiąc już o przedziałach reaktorowych. Mimo to nie słyszałem, żeby substancje z tej amunicji wyciekły do morza. W każdym razie do dnia, w którym przyleciała ta cholerna rakieta.
Żarow pokręcił głową:
– Eh, Nikitos, Nikitos. A jeszcze okulary założył… niby taki mądry…
– Wal się – zaśmiał się Half. – A co u nas? Co nowego?
– Zła się oszczeniła. Siedem młodych. To dobra wiadomość, bo potrzebujemy psów. Choćby do nocnej ochrony zakładu. Dzisiaj rano znowu złapali tam tego cholernego wulkanologa. Chciałem go od razu zastrzelić, ale szkoda mi było naboju. Swoją drogą, jeśli zobaczysz go bliżej niż dawny lazaret wojskowy, możesz śmiało walić. Zabroniliśmy mu zbliżać się do osady przez najbliższe dziesięć dni.
– Zostawiłbyś ich w spokoju, Andriej.
– Przecież ich nie ruszam, Nikitos – zachmurzył się Żarow. – Ale on się pcha i nas okrada.
– Dobra, a jaka jest ta zła wiadomość? Przecież nie szabrownictwo Kraszeninnikowa?
– Nie. Niedźwiedź wrócił.
– Co, ten sam? – Wiszniewski natychmiast spoważniał.
– Wygląda na to, że ten sam. Ślady osobnika ważącego z osiemset kilo. I mamy już straty.
– Kto?
– Łapin i Kirsanow.
– Starszy czy młodszy?
– Kirsanow? Starszy… Właśnie wystawiamy dodatkowe posterunki. Nie chcę odciągać ludzi z zakładu i farm, ale to bydlę trzeba w końcu ubić. Dość nam już krwi napsuło, suka.
– Może poprosimy o dodatkowy oddział z Wiluczyńska i zrobimy obławę?
Andriej skinął głową:
– Myślałem już o tym. Ale tam mają roboty po dziurki w nosie. Poza tym zwierzowi nic nie szkodzi czmychnąć do Wiluczyńska, kiedy my będziemy go tu łapać. Posłałem im już wiadomość, żeby mieli się na baczności. Poza tym wielkie obławy na niedźwiedzia, i to bez wyszkolonych psów, to marny interes. Poczuje pismo nosem i ucieknie jak ostatnio. Trzeba go zwabić. Zwabić i ubić gada.
Rozdział 2.2
Michaił Kraszeninnikow nie śpieszył się z wejściem do domu. A ściślej mówiąc – do ogromnych koszar, które były domem dla nich trojga. Siedział na schodach przy wejściu i w zadumie przyglądał się łodygom słoneczników, które Olivia starannie pielęgnowała w miejscu, gdzie niegdyś stało ogrodzenie jednostki wojskowej. Lato na Kamczatce było zbyt krótkie, by słoneczniki mogły w pełni wyrosnąć. Jednak nawet te mikre ziarna wystarczały jako pasza w ich małym kurniku, a czasem pozwalały uzyskać kilka litrów oleju na sezon.
– Tak będziesz tam siedział na progu jak zbity pies? – dobiegł głos Antonio z okna na trzecim piętrze.
– Skąd wiedziałeś, że już wróciłem? – westchnął Michaił, okręcając zerwane źdźbło trawy wokół palca.
– Zorientowałem się jakieś czterdzieści minut temu, kiedy usłyszałem skrzypienie twojego roweru. Właź już na górę. Zrobiłem sałatkę z mniszka.
– A gdzie Ola?
– Czeka na ciebie z niecierpliwością.
– Dlatego właśnie nie wchodzę.
– Nie uciekniesz przed przeznaczeniem, Misza. Wchodź, zjedz sałatkę i przyjmij śmierć z godnością.
– I ty, Brutusie?
– A-ha-ha! – Quaglia wybuchnął śmiechem. – No, koniec tego, Cezarze! Rubikon przekroczony! Twoja godzina wybiła! Na górę marsz…
Michaił westchnął, podnosząc się z nagrzanych letnim słońcem schodów, i wszedł do środka.
Mieszkania tej trójki zostały urządzone na pierwszym i drugim piętrze budynku koszar. Na parterze mieszkał Antonio. Z powodu utykania musiał znajdować się bliżej wyjścia na wypadek trzęsień ziemi, z których słynęła Kamczatka. Olivia i Michaił mieszkali na piętrze, jako że od dawna nie byli już tylko kolegami po fachu. Byli rodziną. Budynek był pokaźny, z wysokimi sufitami i ogromnymi pomieszczeniami, w których niegdyś kwaterował cały batalion wojska. Właśnie dlatego musieli swego czasu włożyć sporo wysiłku w postawienie dodatkowych ścianek, by zmniejszyć izby mieszkalne, w których zimą łatwiej było utrzymać ciepło domowego ogniska. Trzecie piętro służyło im natomiast za rodzaj wielkiej letniej werandy. Rozpościerał się stamtąd wspaniały widok, było mnóstwo przestrzeni i światła wpadającego przez wielkie prostokąty otworów okiennych.
Wszedł niespiesznie na górę i rzeczywiście – Olivia już na niego czekała. Nie miała już dwudziestu pięciu lat, jak wtedy, gdy świat legł w gruzach, a między nimi nagle wybuchło uczucie. Początkowo sądzili, że to tylko próba zapomnienia; że ich umysły walczą z szaleństwem wywołanym katastrofą, rzucając ich oboje w otchłań namiętności gorącej niczym erupcja wulkanu. Jednak ich uczucia przeszły próbę czasu. Tak, dawno już nie miała dwudziestu pięciu lat. On też nie był już młodym kamczackim naukowcem, który wahał się, czy zacząć pracę nad doktoratem.
Ale Olivia wciąż była piękna i Michaił nie zauważył, by bardzo się zmieniła od dnia, w którym Antonio naszkicował w notatniku ich karykaturę. Ta właśnie karykatura wisiała teraz na ścianie, pośród innych prac Włocha.
Michaił spojrzał na nią i uśmiechnął się. Ten sam złocisto-popielaty kolor włosów i te same wielkie niebieskie oczy. Nawet gdy się gniewała – tak jak w tej chwili – wciąż była zachwycająca.
– Cześć – wydusił Kraszeninnikow jak gdyby nigdy nic, patrząc na jej udawaną surowość i pięści oparte na biodrach. – Olu, jesteś przecież Amerykanką, a witasz mnie tak jakoś… po rosyjsku…
– I co, myślisz, że teraz przyjdziesz, zażartujesz, a ja rozpłynę się ze szczęścia i padnę ci w ramiona? – zapytała surowo.
Michaił wbił wzrok w sufit, po czym spojrzał na ukochaną i skinął głową:
– Cóż, byłoby miło. Dlaczego by nie?
– Bo jesteś asshole, Michael! – wykrzyknęła Olivia.
Od dawna mówili do siebie Ola i Misza. Kraszeninnikow czasami, w chwilach intymności, wypowiadał z drżeniem pełne imię „Olivia”, celebrując każdy dźwięk tego melodyjnego imienia. Jednak gdy Olivia wpadała w złość, Misza błyskawicznie stawał się Michaelem, a ona sama, nie zauważając tego, przeplatała rosyjską mowę (którą władała już niemal perfekcyjnie) dawno nieużywanymi ojczystymi słowami. Zwłaszcza tymi przekleństwami.
– Tak, ale jestem twoim asshole. Przecież u was tak się mówi…
– Nie, Misza, u nich przyjęło się dobrze traktować ich skurwysynów, a nie… – wtrącił się Antonio, ale nie zdążył dokończyć.
– Shut up! – krzyknęła na Włocha Sobieski.
– O, mamma mia, beh, così sia! – Quaglia uniósł ręce i odwrócił się plecami.
– Posłuchaj, Michaił – kontynuowała z oburzeniem Olivia. – Czy nie prosiłam cię, żebyś nie zadawał się z tymi bandytami? Czy nie błagałam, żebyś nie łamał ich zasad i nie prowokował ich?
– Prosiłaś – westchnął winnie Kraszeninnikow.
– Więc dlaczego, do cholery, znowu to zrobiłeś?! Dlaczego znów wymknąłeś się w środku nocy?!
Kolejne westchnienie:
– Posłuchaj, Olu, obudziłem się. Wydawało mi się, że było trzęsienie ziemi. Obudziłem się i nie mogłem już zasnąć. Czekałem, czy będą kolejne wstrząsy, żeby cię obudzić i wyprowadzić na zewnątrz. Ale nie powtórzyły się. Wtedy poszedłem do zakładu…
– Swoją drogą – znów wtrącił się w rodzinną kłótnię Quaglia – ja też poczułem wstrząs. Więc on nie kłamie.
– Już czwarte w tym tygodniu? – Michaił spojrzał na przyjaciela, mając nadzieję na skierowanie kłótni na zupełnie inne tory.
– Właściwie to trzecie – uśmiechnął się Antonio – w ciągu doby. W nocy były trzy serie wstrząsów wtórnych. Ciebie obudziła ostatnia seria.
– Coś ostatnio zbyt często się zdarzają. – Mówiąc to, Kraszeninnikow usiadł w wolnym fotelu i zaczął zdejmować buty. Kilka zdobyczy udało mu się jednak przed Żarowem ukryć. W jego butach znajdowały się trzy soczewki z rozbitej lornetki, które znalazł podczas nocnego wypadu.
– Mogę ci nawet powiedzieć, dlaczego – ciągnął Antonio.
– Tak? Dlaczego?
– Dosyć tego! – krzyknęła Olivia. – Michael, przestań mnie ignorować!
– Nie ignoruję cię, Olu. – Michaił, obuwszy się z powrotem, wstał.
– Ignorujesz! Lekceważysz! Po kryjomu zostawiłeś mnie w nocy i poszedłeś drażnić to gniazdo os! A pomyślałeś, co stanie się ze mną i z Tonym, kiedy oni cię w pewnym momencie zastrzelą?!
– Nie spodziewałem się, że ten moment będzie dla ciebie w jakimkolwiek sensie „piękny” – zachmurzył się Kraszeninnikow.
– Przestań! Doskonale wiesz, co mam na myśli!
– Przekleństwo, Olivio, przecież robię to dla ciebie! Wszystko robię dla ciebie, do diabła! I ten samochód próbuję złożyć dla ciebie!
– Wyjaśnij to sobie, do jasnej ciasnej! Czy należysz do tych głupców, którzy myślą, że dziewczyny lecą tylko na facetów z brykami?!
– Można by pomyśleć, że tak nie jest – zachichotał Antonio.
– Zamknij się!
Michaił chciał w tej chwili być jak najdalej stąd. Wyglądało na to, że Olivia nie była tylko zła; przepełniała ją autentyczna wściekłość. Poranne spotkanie z kwartetem z Primorskiego i tak popsuło mu humor na najbliższe dziesięć dni, ale obecny napór ze strony jego kobiety groził Michaiłowi całkowitą utratą równowagi.
– Olu, ile razy mówiłaś, jak bardzo tęsknisz za domem? Ile razy pytałaś, co stało się z twoim krajem? Ten samochód to jedyna szansa. Nie mogę ukraść kwartetowi statku, który remontują. Ale mogę złożyć auto. I zostało mi już naprawdę niewiele.
Sobieski skrzywiła się, wyrażając swój stosunek do tego pomysłu, który wydawał jej się co najmniej niedorzeczny:
– Przejechać Kamczatkę samochodem? Sam w to wierzysz? Ponad dwa tysiące kilometrów do Cieśniny Beringa drogą lądową. I to nie byle jaką drogą – przez jeden z najbardziej nieprzystępnych terenów w tych szerokościach geograficznych. Wzgórza, góry, wulkany, kaniony, a potem tundra!
– Wiem…
– Opanowywaliście ten półwysep dłużej, niż my budowaliśmy nasz kraj, a macie tu drogę tylko do Ust-Kamczacka! Zaledwie pięćset kilometrów! Ta ziemia jest tak nieprzejezdna, że zanim wysłaliście swój pojazd na Księżyc, testowaliście go właśnie tutaj!
– Wiem, Olivio!
– Więc dlaczego opowiadasz mi teraz takie bzdury?!
– Bo ty chcesz do domu! I ja chcę ci pomóc!
W fotelu znów cicho zachichotał Quaglia:
– Misza, a jeśli powiem, że chcę wrócić do Neapolu, zbudujesz dla mnie samolot?
– Niech cię szlag, Tony, przestań, co?! – Michaił rozłożył ręce, cały rozpalony kłótnią.
– I dlaczego strzeliło ci do głowy remontować samochód po tylu latach, skoro rzekomo wierzysz w tę szaloną możliwość dotarcia do Ameryki Północnej?
– Remontuję go przez te wszystkie lata. Zapomniałaś? A poza tym dobija mnie myśl, że resztę życia spędzimy tutaj. Oczywiście, kocham swój rodzinny kraj. Kocham te wzgórza i wulkany. Ale przecież istnieje jeszcze cały świat. I nie wybaczę sobie, jeśli do końca swoich dni nie dowiem się, co dzieje się poza granicami tego półwyspu zagubionego między Pacyfikiem a ogromnym Morzem Ochockim.
Sobieski pokręciła głową z rozczarowaniem:
– A więc tak? Wiesz, jest mi wszystko jedno, gdzie przeżyję resztę życia. Na Kamczatce, w Montanie, Wyoming, w Śródziemiu czy na planecie Pandora. Martwi mnie tylko jedno. Czy przez te wszystkie lata, które mi pozostały, będziesz przy mnie, czy pewnego razu wymkniesz się po kryjomu i już nigdy nie wrócisz?
Michaił ze zmęczeniem opuścił ręce i spojrzał na Olivię z poczuciem winy:
– Olu, przecież wiesz, że ja też cię kocham. I zawsze do ciebie wrócę…
– Nie wierz mu! On po prostu chce zieloną kartę! – dorzucił kolejny żart Quaglia.
– Już przegiąłeś, Antoni! – wrzasnął wściekle Kraszeninnikow.
Quaglia mruknął coś pod nosem, wziął swoją laskę i wstając, skierował się do wyjścia.
– Przegiąłem – powiedział z gorzkim uśmiechem, patrząc przed siebie. – W moich wspomnieniach z dzieciństwa, oprócz złowieszczo cichego Wezuwiusza za oknem, zapisało się coś jeszcze. Częste kłótnie moich rodziców. Temperamentni Włosi kłócą się barwnie i pamiętnie. Wy jednak właśnie ich przebiliście. A potem wszyscy mieliśmy tę radość oglądać, jak cały świat pokłócił się z rozsądkiem, zdrowym sensem i samym sobą. Oddałbym zdrową nogę temu, kto potrafiłby wam pokazać, jak bardzo jesteście teraz obrzydliwi w tej waszej kłótni…
Rozdział 2.3
Powiedział to z taką melancholią i bólem wyrywającym się z duszy, że trudno było uwierzyć, iż to ten sam Antonio tak złośliwie i bezapelacyjnie żartował z samolotu do Neapolu i zielonej karty dla Michaiła.
Włoch wyszedł już z wielkiej sali i kierował się ku schodom, gdy zawołał go Kraszeninnikow:
– Antoni, czekaj.
Tamten zatrzymał się i niechętnie odwrócił, opierając obie dłonie na lasce.
– O co chodzi? Czyżbym nie miał zaszczytu obejrzeć jeszcze wszystkich aktów waszego dramatu ajschylowskiego?
– Nie wychodź na zewnątrz – odparł Michaił.
Quaglia zmarszczył brwi.
– A to co za zakaz?
– To nie zakaz, Antoni. To ostrzeżenie. Ten niedźwiedź-morderca najwyraźniej znów grasuje gdzieś w okolicy. W Primorskim zginęły dwie osoby.
– Jasne – odparł krótko Antonio i powoli ruszył na niższe piętro, stukając laską o stopnie dawnych koszar.
Olivia w tym czasie podeszła do okna. Wciąż była zła na Michaiła i aby jakoś poradzić sobie z gniewem, postanowiła po prostu na niego nie patrzeć. Wolała utopić wzrok w zatoce, wzgórzach i odległym wulkanie. Kamczackie krajobrazy potrafiły koić i zmuszały do zapomnienia o wszystkim prócz wieczności. Nigdzie planeta nie wydawała się tak żywa jak tutaj, gdzie jej oddech i puls czuło się we wszystkim – w pospolitych wstrząsach wtórnych, źródłach termalnych i kruchych dymach nad szczytami zionących ogniem gór.
Po spękanej, jedynej drodze, która łączyła osadę Primorski z Wiluczyńskiem, niespiesznie toczył się wóz zrobiony z samochodu osobowego. Teraz ten pojazd miał tylko jedną końską siłę. Zwierzę zanurzyło głowę w worku ze słomą, zwisającym z końskiej szyi, i leniwie ciągnęło wóz za sobą. Niemały już furman uśmiechał się do siebie, ściskając w ustach długą łodygę trzciny, i odganiał komary brzozową gałązką, którą od czasu do czasu smagał konia po zadzie. Obok woźnicy leżał krótkolufowy automat AKSU. A z tyłu, w skrzyni, na jakichś balach siedział jeszcze jeden człowiek. On, nie znając litości, darł miechy zniszczonego akordeonu i darł się wniebogłosy, śpiewając wulgarne czastuszki:
Szedłem lasem, diabła widziałem, Diabeł zupę sobie warzył! Kociołek, kurde, powiesił, A z dupy mu dym walił!
Szedł do Awaczy parowiec! Niebo się błękiciło! Panienki bez biletów płynęły, Na pizdę licząc!
Niech mu nie stanie na żonę, Ni na dziewuchę! Zaraz akordeon rozciągnę, Zagram czastuszkę!..
Dalej pisk instrumentu muzycznego tylko się nasilił, a sprośny akordeonista podśpiewywał mu zuchwałym gwizdem. Woźnica odwrócił głowę i nagle zauważył w oknie koszar Olivię. Natychmiast się odwrócił i smagnął brzozową gałązką swojego towarzysza podróży po uchu.
– No już, zamknij się, durniu, z tą swoją sprośnością! Kobieta, tam, patrzy!
Akordeon żałośnie zabrzęczał, wypuszczając resztki powietrza, i muzyka ustała. Śpiewak wpatrzył się w Olivię i uniósł narzucone na głowę słomiane sombrero:
– Excusez-moi, signorina! Wybacz łaskawie ubogiemu prowincjuszowi!
Sobieski tylko machnęła ręką i skinęła głową, jakby mówiąc: „nic strasznego”. W rzeczywistości już przywykła do tego, że każdego dnia kurierzy przejeżdżający w obie strony, służący jako łączność między dwoma osadami, nieustannie wykrzykiwali jakieś wątpliwe piosenki.
– No cóż za ludzie – zupełnie cicho, niemal do siebie samej, powiedziała Sobieski. – Śpiewa z wulgarnym językiem po rosyjsku. Przeprasza mieszanką francuskiego z hiszpańskim lub włoskim. A na głowie ma meksykański kapelusz.
– No cóż, to Rosja – odezwał się ostrożnie podchodzący do niej Michaił.
Odprowadzili wzrokiem oddalający się w stronę Primorskiego wóz.
– Nie chodźcie na wzgórza, obywatele! – krzyknął na pożegnanie akordeonista. – Tam niedźwiedź, suka, niebezpieczny!
Kraszeninnikow uśmiechnął się:
– Normalni ludzie. Nie tracą ducha, mimo wszystko.
– Nie życzę sobie z tobą rozmawiać, Michael – odparła Olivia, wciąż patrząc w okno.
Michaił westchnął, zaciskając usta. Nic nie dało się zrobić. Ten wulkan złości w jego ukochanej z pewnością ostygnie. Trzeba tylko trochę poczekać. A na razie można tak samo w milczeniu patrzeć w okno. I niezależnie od nastroju, w każdym razie, wzrok przyciągała wielka biała góra.
Patrzył na wulkan Awacza kilka minut, gdy nagle coś w tej górze wydało mu się nie całkiem zwyczajne. Nie, wciąż milczał. Nie było nawet widać lekkiej mgiełki z jego wierzchołka, jak to bywało w poprzednich latach. Awacza nie stała się wyższa, niższa ani szersza. Ale coś nieuchwytnie nowego w niej jednak było. Michaił odszedł od okna i spojrzał na świeży obraz swojego włoskiego przyjaciela. Następnie na poprzednie. Oto na ścianie wisi z zeszłego roku. A na tej data sprzed dwóch lat. I znowu na świeży, z podpisem autora i rokiem – 2033.
– Lodowiec… – wymamrotał Kraszeninnikow, porównując obrazy, które z taką miłością do fotograficznej precyzji odtwarzał Quaglia. – Olivio, czy zauważyłaś, że znaczna część lodowca na zboczach Awaczy w tym roku stopniała?
– Lato ciepłe – z niesmakiem odparła Sobieski, nie odwracając się.
– Ubiegłe było równie ciepłe. Nawet bardzo…
– Zgadza się – odezwał się Antonio. Wracał, utykając i stukając laską, a w ręku ściskał starą, domowej roboty lunetę. – Ubiegłe lato było nawet upalniejsze. Prawie jak w Neapolu…
Podał lunetę Michaiłowi, a ten z ciekawością przywarł do jej okularu, wzmacniając swoje spojrzenie soczewkami wpatrującymi się w odległy wulkan.
– Lodowiec stopniał prawie na dwie trzecie! – zawołał. – Jeśli nie letnie słońce, to wewnętrzne ciepło!
– Zgadza się – skinął Quaglia. – Ale powietrze nad szczytem jest krystalicznie czyste. Nie ma żadnych emisji. To znaczy, że krater mocno zatkał się skałami, a ciepło i ciśnienie w komorze magmowej rośnie. Ale to, że lodowiec stopniał…
– Świadczy o tym, że komora magmowa znajduje się prawie na powierzchni – z przejęciem dokończył myśl przyjaciela Michaił.
Olivia wyrwała mu lunetę i także zaczęła przyglądać się zboczom Awaczy.
– A do tego wstrząsy podziemne stały się częstsze – uśmiechnął się Antonio. – Przyjaciele, jesteśmy u progu apokalipsy.
Podniecenie całkowicie ogarnęło świadomość Kraszeninnikowa. Po raz pierwszy od wielu lat w ich życiu obudziła się niemal zapomniana pasja do wulkanów. Po raz pierwszy, po katastrofie, która dotknęła wszystkich i zamieniła życie w ponurą, beznadziejną rutynę, byli u progu wyczekiwania na wydarzenie majestatyczne, ogromne i o wielkiej skali.
– Antonio, jak myślisz, kiedy to nastąpi?
Ten wzruszył ramionami:
– Trudno powiedzieć, Misza. Może miesiące. A może kilka lat. Choć nie wykluczam, że może to nastąpić i dzisiaj. Przecież nie mamy żadnych danych. Tylko obserwacja wizualna z tak dużej odległości.
– Dobrze by było, żeby wulkan nie obudził się przed zimą. W przeciwnym razie jego popiół szybko zakończy nasze ciepłe lato… – z niepokojem powiedziała Olivia. Była jedyną, która nie promieniowała radosnym podekscytowaniem perspektywą zbliżającej się erupcji wulkanu Awacza.
Para łyżek miodu z pasieki sprawiła, że napar z igliwia cedrowego nie był już tak gorzki, choć wciąż równie zdrowy. Żarow dmuchnął w kubek, by ostudzić gorący napój.
– Rubacha, nie trajkocz, jakby cię kto gonił. Mów z rozmysłem. Chcesz herbaty?
Znajdowali się na pierwszym piętrze szkoły. W jednej z klas, której okna wychodziły na zatokę, zakład i całą osadę. Długo po wybuchu, który wstrząsnął całym krajem, okna z tej strony częściowo zamurowano cegłami i pustakami żużlowymi. Pozostałe oszklono – na szczęście ocalałego szkła w różnych magazynach było pod dostatkiem. Teraz mieściła się tutaj kwatera główna kwartetu z Primorskiego. Mieszkali w swojej dawnej szkole. Zwoływali tu zgromadzenia ludowe, a także trzymali największy skarb swoich rządów – bibliotekę ludową. Znajdowała się ona na parterze, a szkolne klasy zaadaptowano na czytelnie. Czytelnictwo we wspólnocie nie było jedynie zachcianką ekscentrycznych władców, lecz – według ich własnych słów – gwarancją przyszłości. Niemal głównym mottem i lejtmotywem ich rządów było zdanie: „Każde kolejne pokolenie musi być mądrzejsze od poprzedniego”. Dawna szkoła nadal pełniła więc swoje pierwotne funkcje. Dzieci co prawda nie było już tak wiele jak dawniej, ale jednak były. Na parterze znajdowały się dla nich sale lekcyjne. Członkowie kwartetu z Primorskiego czasami bywali na lekcjach, a niekiedy sami je prowadzili, starając się uczynić dzisiejsze dzieci mądrzejszymi niż ich pokolenie, które przeżyło straszne lata niedoli, i pokolenie poprzednie, które zniszczyło własny świat.
– Herbaty? – Goniec z Wiluczyńska, w słomianym sombrero i z bajanem na plecach, uśmiechnął się. – A kto by odmówił?
– No, tam masz czajnik. Tam kubek. Tam igliwie. Zaparzaj i siadaj – skinął Andriej i upił łyk ze swojej porcji.
– A czemu tu tak moczem zalatuje, co, Żar? – zapytał goniec, podchodząc do sąsiedniego stołu i zaparzając sobie cedrowy napar.
Andriej odwrócił się i spojrzał przez ramię na dużą drewnianą budkę, ustawioną w dalekim kącie pomieszczenia. Budka miała niskie drzwiczki i kilka małych okienek z mętnym, czerwonym szkłem. Zapach ewidentnie dochodził stamtąd, choć na pewno nie była to toaleta.
– A ty nie niuchaj. Pij herbatę i opowiadaj.
Do klasy weszło jeszcze dwóch mężczyzn. Żenia Gorin i potężnie zbudowany Aleksander Coj, jak zawsze w czarnej bandanie w czaszki i z dwoma smolistymi warkoczami. Jeden splatał długie włosy z tyłu głowy, w drugi warkocz zmieniona była broda tego samego koloru. Dolna część warkocza z brody była uciśnięta srebrnym sygnetem z czaszką.
– O, Rubacha! Siema! – krzyknął Coj i tak łupnął gościa swoją łapą po plecach, że ten rozlał prawie połowę zawartości kubka. – Daj na bajanie pograć!
– Nie dam, ledwo co naprawiłem – zaprotestował Rubacha.
– A po co ty go ze sobą cały czas taszczysz?
– Akurat! Zostawię w rzęchu, to wasze dzieciaki znowu go zwiną i miechy porwą…
– Swoją drogą – odezwał się Jewgienij – a propos dzieciaków. Jeśli jeszcze raz, przejeżdżając obok przedszkola, będziesz wyśpiewywał te swoje sprośne przyśpiewki, to porwę ci nie tylko miechy, ale i tyłek. Umowa stoi?
Rozdział 2.4
Mówiąc to, Gorin z uśmiechem spojrzał gościowi w oczy i biorąc czajnik, dolał mu do kubka wrzątku, trochę przesadzając i pryskając na dłoń.
– Tss, aj! – Rubacha zaczął rozcierać oparzoną rękę. – Pardone, chłopaki. Czy ja naprawdę tak głośno śpiewałem, że dzieciaki słyszały?
– Ty skurczybyku, tak się darłeś, że cię pewnie w Paratunce było słychać – pokręcił głową Żenia.
– No, I am sorry, no nie. Wezmę to pod uwagę na przyszłość.
– Dawaj, opowiadaj wreszcie – skrzywił się Andriej.
– No, to mówię – Rubacha w końcu usiadł przy stole, obejmując kubek dłońmi. – Stary Antifiejew wykitował, ale nie zostawił żadnych spadkobierców. No to my, jak to się mówi, zgodnie z ustawą o redystrybucji mienia i zasobów, zrobiliśmy inwentaryzację jego gratów. A tam, proszę was, brakuje siekiery, z pół setki naboi do dubeltówki, setki grotów do strzał, trzech kanistrów nafty… Ale co najważniejsze, prawie całe zapasy jedzenia na zimę wyparowały. Myślimy sobie: jak to? Zaczęliśmy przetrząsać sąsiadów. U jednego znalazło się całe to dobro. Sierdiukow, ta menda, okradł nieboszczyka. Krótko mówiąc – będzie sąd. No i według prawa jeden z was musi zasiąść w ławie przysięgłych.
– O prawach nie musisz nam przypominać. Sami je pisaliśmy – skinął Żarow. – Kiedy rozprawa?
– Pojutrze. Przyjadę po was, nie ma problemu. No to kto jedzie?
– Rozstrzygniemy to później – odparł Andriej po kolejnym łyku. – Opowiadaj dalej.
– Tak jest. No to dalej: wróciła ekspedycja z Paratunki. Ludzi tam, tak jak i dwa lata temu, nie ma. Ale z wodą mineralną wszystko w porządku. Nabraliśmy parę kubików. Przywieźliśmy wam trochę. Ale były tam ślady.
– Jakie ślady?
– Wyglądało na obozowisko. Grupa ludzi. Pewnie z wiosny. Ognisko, latryna. Przekoczowali parę dni i poszli dalej. Tak wynika ze śladów. Krótko mówiąc, jakaś garstka ludzi błąka się po wzgórzach. A może już zdechli, kto ich tam wie. U nas od dawna nie było nikogo obcego. Już z pięć lat minęło, odkąd ostatni pustelnicy z dalekich osad przenieśli się do nas.
– A czemu mieli stamtąd odchodzić? Miejsce jak z bajki, skoro z wodą wszystko gra. Może ich też niedźwiedź wystraszył? – zapytał Coj.
– Tam nie było śladów niedźwiedzia – westchnął Rubacha. – Ale były ślady innego zwierza.
– Jakiego „innego”?
– Tu nie mam pojęcia. Wszyscy drapią się w rzepę i snują domysły. Pewnie drapieżnik. I to wielki. A pazury ma takie… Ten nasz superniedźwiedź po prostu narobiłby w gacie na jego widok. No, w każdym razie Saprykin, ten nasz mętny naukowiec… pamiętacie go przecież? Ten, co przepowiedział dziury ozonowe i czerniaka od nich, i że plony padną. Jeszcze po tym zabroniliście wszystkim opalać się na plaży…
– Pamiętamy go, oczywiście – skinął Andriej. Nie było jasne, czy Rubacha tak dziwnie żartuje, czy jest po prostu głupkowaty. O ciemnych sprawkach kwartetu i Saprykina od dawna krążyły plotki, jeszcze z czasów likwidacji band. – No i co Saprykin?
– Buduje te swoje teorie o tych zwierzętach. Bardzo chce obejrzeć ślady naszego niedźwiedzia.
– Po co?
– Tamtego zwierza ślady widział, to chce je porównać. A o teoriach milczy jak zaklęty, stary pień. Mówi tylko: „za wcześnie na przedwczesne wnioski bez dostatecznego materiału empirycznego”. Słowo daję, te jego zawijasy frazeologiczne są gorsze niż moje czastuszki.
– Swoją drogą, też myślę, że trzeba wysłać dobrze uzbrojoną grupę i pójść tropem niedźwiedzia – powiedział Jewgienij. – A przy okazji go wykończyć. Bo jak będziemy na niego tu czekać, to trzeba wzmacniać warty, a to odciąga ludzi od roboty. I ile tak będziemy czekać? Rok, dwa?
– Dobra. To też rozstrzygniemy – westchnął Andriej. – A propos, Góra, co powiesz na udział w rozprawie? Przy okazji pogadasz z Saprykinem. Poznasz imiennika.
– Imiennika?
– On też ma na imię Jewgienij. Zapomniałeś? Co ty na to?
– Nie mam nic przeciwko – wzruszył ramionami Gorin.
– Zatem postanowione. Słyszysz, Rubacha?
– Co?
– Żenia Góra będzie sędzią z ramienia kwartetu. Jasne?
– Jasne.
– A co przywieźliście dzisiaj?
– Końskie włosie, zboże, suszone małże i puste plastikowe butelki. W niektórych jest woda mineralna.
– Dobra, lećcie z tym do naszego kwatermistrza. Odbierzecie, co się należy na wymianę.
– Jasna sprawa. – Akordeonista dopił herbatę wielkim haustem i machnąwszy ręką, wyszedł.
Sasza Coj odprowadził go wzrokiem i zmarszczył nos:
– A czemu tu tak szczynami śmierdzi, swoją drogą?
– No ile można o tym słuchać! – dobiegł poirytowany ryk z tej drewnianej budki. Głos należał do Nikity Wiszniewskiego.
– O, Nikitos, wróciłeś?! – ucieszył się Coj.
– Tak, do jasnej cholery. Wróciłem. Wywołuję filmy.
Dawniej w jednostkach wojskowych i w samym zakładzie znajdowały się ogromne rolki czarno-białej kliszy fotograficznej do użytku służbowego. Potem nastały czasy rozwiązywania jednostek, a później era fotografii cyfrowej. Ciężkie rolki stały się nikomu niepotrzebne. No, prawie nikomu. Niektórzy chorążowie marynarki mieli dziwny nawyk znoszenia do domu wszystkiego, co może się przydać w gospodarstwie – i wszystkiego, co się nie przyda, zresztą też. Lata po kataklizmie i pierwszym czasie chaosu, w garażu jednego z wojskowych emerytów (który później okazał się członkiem bandy i został zlikwidowany przez kwartet), znaleziono kilkanaście rolek, z których każda starczała na kilka tysięcy klatek. Nikita Wiszniewski od dziecka pasjonował się fotografią i uznał, że prowadzenie kroniki zdjęciowej ich nowego życia jest tak samo niezbędne jak spisywanie dziejów. Na szczęście stare aparaty analogowe też się znalazły. Z filmami nie było problemu, gorzej z papierem fotograficznym – tego nie było wcale. Chemikalia do wywoływania i utrwalania Nikita musiał wytwarzać sam. To właśnie skład tych domowej roboty odczynników był powodem charakterystycznego zapachu amoniaku.
– Co tam nafociłeś?
– Rybaczy, co by innego.
Żarow wskazał na stos papierów leżący na oddzielnym stole:
– Sania, nie zapomniałeś, że w tym tygodniu twoja kolej na spisywanie kroniki?
– Ach, no tak – westchnął Coj. – A co, Nikitos zdobył papier do tej roboty?
– Tak – skinął Andriej. – Opróżnił archiwum sztabu Drugiej Flotylli. Dokumenty są zadrukowane z jednej strony, druga jest czysta. Pisz na odwrocie i wpinaj. Tylko pisz mniejszymi literami, bo ty jeden dzień rozpisujesz na pięć arkuszy. Papier nie rośnie na drzewach.
– Dobra, już dobra, nie marudź. – Coj przesiadł się do innego stołu i otworzył segregator z opisanymi już wydarzeniami. – No to zobaczmy. Na czym skończyliśmy? Aha. Na złapaniu tego Kraszeninnikowa rano w zakładzie. Jasne.
Aleksander usadowił się wygodniej, postawił przed sobą kałamarz z wielkim białym piórem, jednak zanim zaczął pisać, zaczął studiować treść pierwszej kartki ze stosu papieru, który Wiszniewski przytargał z archiwów sztabu floty w Rybaczim. Pasję do czytania mieli wszyscy członkowie kwartetu. Czytali dosłownie wszystko, co wpadało im w ręce. Pewnego razu, w jednym ze starych drewnianych domów, który nadawał się już tylko do rozbiórki, odkryli, że pod warstwą tapet ściany są wyklejone gazetami jeszcze z lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Rozbiórkę wstrzymano, a kwartet przez wiele tygodni przychodził tam czytać artykuły z dalekiej, zamierzchłej przeszłości.
Przeczytawszy pierwszą stronę, Coj pociągnął nosem i chwycił pióro.
– Za siedmioma górami, za siedmioma lasami…
– Sania, bądźże poważny i rób to w milczeniu, co? – skrzywił się Żarow. – I postaraj się tym razem unikać słówek w rodzaju „frajer”, „cieć” czy „partacz o lewych rękach”. To jest kronika. Dokument dla przyszłych pokoleń…
– E tam, to było tylko raz. Trzy lata temu – odmachnął się Aleksander, zaczynając starannie kaligrafować litery na białej karcie.
Żarow wstał i zaczął przechadzać się po klasie, w zadumie pocierając podbródek:
– Słuchajcie, chłopaki, a kto zna tego Sierdiukowa?
– Tego, co będzie sądzony? Parę razy go widziałem – odparł Coj.
– Tak? I co o nim powiesz?
– Frajer, cieć i partacz o lewych rękach.
– Sania, ja pytam poważnie!
– A ja żartuję, Żar? Podły z niego człowiek. Złośliwy, chciwy, kłamliwy. Mam w ogóle wrażenie, że był w jednej z tych band, które wyczyściliśmy, tylko w porę zmienił barwy, czując pismo nosem przed naszą rewolucją. Chociaż… może go z kimś mylę…
– Twoje wrażenia to jeszcze nie powód do kary śmierci – pokręcił głową Andriej i w zadumie wbił wzrok w pistolet leżący na parapecie, który rano odebrał Kraszeninnikowowi. Z jakiegoś powodu nie dawały mu spokoju słowa wulkanologa o ludziach niezadowolonych z rządów kwartetu.
– A skąd nagle kara śmierci? – zapytał Coj.
– Zapomniałeś? Ukradł między innymi naboje. To oznacza, że ława przysięgłych wrzuci do losowania kar, które będzie wyciągał oskarżony, także karę śmierci.
– A pal go licho. Może wtedy wyplenimy takich Sierdiukowów?
– Jest nas zbyt mało, żeby szafować zasobami ludzkimi. A jak naprawimy okręt i zaczniemy rejs, będzie nas jeszcze mniej. Przez ostatnie parę lat przyrost naturalny jest dobry, ale zanim dorośnie nowe pokolenie… W każdym razie, Żenia…
– Tak – odezwał się Góra.
– Postaraj się, żeby łuska z wyrokiem śmierci nie trafiła do puli, którą będzie losował Sierdiukow. Niech lepiej odpracuje to na katordze. Zawsze to większy pożytek.
– Postaram się – skinął sennie Jewgienij. Po długiej, pełnej zadumy pauzie dodał: – Andriej, jeśli cię tak uwiera ta kara śmierci w naszym prawie, to może ją po prostu znieśmy?
– No tak, i zaraz wszyscy uznają, że zmiękliśmy, spuściliśmy z tonu i zrobiliśmy się sentymentalni – skrzywił się Żarow. – Niedoczekanie. Istnienie kary śmierci pozwala trzymać wszystkich w ryzach.
– A niechęć do jej stosowania sugeruje, że jesteśmy słabiakami – mruknął Coj.
– Poważnie, Żar – skinął Gorin. – Sam dzisiaj rano chciałeś sprzątnąć Kraszeninnikowa.
– Nie chciałem go zabić. Ale nastraszyć – to co innego. Strach stymuluje dyscyplinę. A dyscyplina to porządek.