Czarno-czerwone opaski na powstańczych barykadach. Kim byli warszawscy anarchosyndykaliści?
Powstanie Warszawskie kojarzy się nam dziś głównie z biało-czerwonymi opaskami, rygorem Armii Krajowej i walką o powrót przedwojennego porządku. Mało kto jednak wie, że na barykadach Starówki i Śródmieścia walczyli ludzie, którzy nad polskim orłem przypinali czarno-czerwone rozetki, a zamiast powrotu dawnego rządu żądali oddania fabryk w ręce robotników. Warszawscy anarchosyndykaliści i wolnościowcy zbrojnie udowodnili, że miłość do wolności nie miała wówczas jednego koloru.
Oto historia zapomnianych bohaterów 1944 roku, którzy rzucili wyzwanie dwóm totalitaryzmom, walcząc o Polskę bez panów, władców i dyktatorów.
Czarno-czerwony świt na Starówce
Gdy 1 sierpnia 1944 roku wybucha powstanie, do walki ruszają nie tylko oddziały podległe rządowi w Londynie. W strukturach konspiracyjnych od lat działają radykalni wolnościowcy z przedwojennej Anarchistycznej Federacji Polski (AFP) oraz Związku Syndykalistów Polskich (ZSP). Ich cel? Pokonać Niemców, ale nie po to, by przywrócić dawną, przedwrześniową Polskę. Chcą rewolucji społecznej, samorządów pracowniczych i oddolnej demokracji.
Najważniejszą siłą bojową syndykalistów staje się 104. Kompania ZSP, sformowana na Starym Mieście. To nie był zwykły oddział. Żołnierze zamiast regulaminowych białoczerwonych barw noszą na rękawach czarno-czerwone opaski – tradycyjny symbol międzynarodowego ruchu anarchosyndykalistycznego.
Kompania szybko zyskuje sławę jednej z najwaleczniejszych formacji na Starówce. To oni zdobywają Pałac Krasińskich, a potem przez długie dni krwawo bronią strategicznego gmachu Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych (PWPW). Walczą z fanatyczną odwagą, płacąc za to straszliwą cenę – w toku walk oddział traci ponad połowę swojego stanu osobowego.
Wojna o opaski, czyli konflikt z dowództwem AK
Niezależność syndykalistów szybko zaczyna kłuć w oczy powstańczą żandarmerię AK. Dla wychowanych w wojskowym drylu oficerów, widok uzbrojonych oddziałów z czarno-czerwonymi barwami, które otwarcie mówią o rewolucji i zniesieniu klas społecznych, jest nie do zaakceptowania.
Dochodzi do ostrych sporów. Żandarmeria AK żąda kategorycznego zdjęcia czarno-czerwonych opasek i zmiany nazwy oddziału na standardowo-wojskową. Wolnościowcy stawiają jednak twardy opór. Świadomi swojej siły i faktu, że są niezbędni na pierwszej linii frontu, odmawiają wykonania rozkazu. Ostatecznie, dzięki autorytetowi bojowemu, syndykaliści wygrywają ten symboliczny proces – czarno-czerwone barwy zostają na rękawach do ostatniego dnia walk na Starówce.
Śródmieście: Brygada Syndykalistyczna
Podczas gdy Starówka krwawi, w Śródmieściu formuje się kolejna jednostka – Brygada Syndykalistyczna. Jej dowódcą zostaje por. Edward Wołonciej ps. „Czemier”, przedwojenny działacz syndykalistyczny. W jej szeregi wstępują starzy anarchiści, tacy jak Władysław Głuchowski, którzy pamiętają jeszcze przedwojenne walki robotnicze.
Brygada formalnie i operacyjnie sprzymierza się z Polską Armią Ludową (PAL), ale zachowuje kompletną autonomię ideową. Dla nich karabin to narzędzie obrony wolności, a nie ślepego wykonywania rozkazów płynących odgórnie z politycznych gabinetów. Ich obecność w Śródmieściu oraz na Powiślu daje schronienie i przestrzeń dla każdego, dla kogo wolność osobista i społeczna były wartościami najwyższymi.
Powstanie to nie tylko karabiny. Anarchizm w praktyce
Dla warszawskich anarchosyndykalistów walka z Niemcami była tylko połową sukcesu. Drugą, równie ważną misją, było codzienne budowanie nowego społeczeństwa – nawet pod gradem bomb. Tam, gdzie państwo przestało istnieć, syndykaliści wprowadzali w życie swoje idee samopomocy i solidarności lokatorskiej.
W huku wystrzałów wydają regularne pismo „Syndykalista”, w którym analizują sytuację geopolityczną i kreślą plany wolnej, bezklasowej Polski po wojnie.
Organizują życie codzienne cywilów w kamienicach, pomagając im przetrwać w ekstremalnych warunkach.
Syndykaliści dzielą się żywnością, organizują darmowe jadłodajnie dla najuboższych mieszkańców zrujnowanej stolicy oraz otwierają autonomiczne punkty pomocy medycznej.
Pokazali, że anarchizm to nie chaos, ale doskonała, oddolna organizacja oparta na empatii i wzajemnej pomocy.
Zapomniani przez historię
Po 63 dniach heroicznego oporu Warszawa kapituluje. Ocalali syndykaliści dzielą los reszty powstańców – trafiają do niemieckich stalagów lub wtapiają się w tłum wypędzanej ludności cywilnej.
Po 1945 roku, w nowej, komunistycznej rzeczywistości PRL-u, pamięć o nich miała zostać całkowicie wymazana. Dla komunistów wolnościowi syndykaliści byli śmiertelnym zagrożeniem ideologicznym – pokazywali bowiem, że można być radykalnym lewicowcem, a jednocześnie nienawidzić sowieckiego totalitaryzmu i państwowej dyktatury. Przez dekady cenzura dbała o to, by czarno-czerwony epizod Powstania Warszawskiego nigdy nie ujrzał światła dziennego.
Dziś, po latach milczenia, historia ta wraca na swoje miejsce. Warszawscy anarchosyndykaliści udowodnili, że w godzinie próby potrafili połączyć bezkompromisową walkę z najeźdźcą z obroną ludzkiej godności, wolności i robotniczej solidarności. Ich czarno-czerwone opaski na trwałe wpisały się w heroiczną historię Warszawy.
Współczesna Europa stoi w obliczu najpoważniejszego kryzysu politycznego od dekad. Dotychczasowy model liberalnej demokracji, oparty na sojuszu wolnego rynku i instytucji państwowych, wyraźnie wyczerpuje swoje możliwości regulacyjne. Najbardziej widocznym tego objawem jest dynamiczny wzrost poparcia dla partii skrajnie prawicowych i narodowo-populistycznych. Analiza danych empirycznych oraz strukturalnych mechanizmów władzy pozwala postawić tezę, że tradycyjne instrumenty parlamentarne nie są w stanie zatrzymać tego trendu, a jedyną konsekwentną i systemową alternatywą dla narastającego autorytaryzmu pozostaje anarchizm.
Przebudzenie Lewiatana: Co mówią liczby?
Skala wzrostu nastrojów nacjonalistycznych i ksenofobicznych w Europie nie jest już jedynie publicystyczną intuicją, lecz faktem potwierdzonym przez rzetelne badania politologiczne.
Według opublikowanych badań międzynarodowego projektu badawczego PopuList, opisywanych m.in. przez brytyjski dziennik „The Guardian”, prawie co czwarty Europejczyk (23,5%) oddaje swój głos na skrajną prawicę. To skokowy wzrost w porównaniu z rokiem 2022, kiedy odsetek ten wynosił 18,5%.Proces ten ilustrują konkretne wyniki wyborcze z poszczególnych krajów.
Niemcy: Alternatywa dla Niemiec (AfD) niemal podwoiła swoje poparcie, osiągając poziom około 21%.
Austria: Wolnościowa Partia Austrii (FPÖ) wysunęła się na czoło z wynikiem rzędu 29%.
Portugalia: Ugrupowanie Chega odnotowało gwałtowny wzrost – od marginalnego poparcia do ponad 22% w przedterminowych wyborach.
Włochy: Formacje skrajnie prawicowe lub narodowo-konserwatywne stały się tam główną siłą rządzącą.
Jak wskazują analizy European Policy Centre (EPC), głównymi motorami napędowymi tego zjawiska są czynniki ekonomiczne i psychospołeczne: inflacja, lęk przed globalną konkurencją gospodarczą oraz głęboki kryzys zaufania do instytucji publicznych.Mainstreamowe rządy kapitalistyczne przez lata prowadziły politykę cięć budżetowych i deregulacji rynków, co doprowadziło do erozji usług publicznych oraz kryzysu na rynku mieszkaniowym. Skrajna prawica umiejętnie zagospodarowała ten społeczny gniew, oferując fałszywe poczucie bezpieczeństwa oparte na retoryce wykluczenia, antyimigranckich narracjach oraz obietnicy silnego państwa narodowego.
Ślepy zaułek parlamentaryzmu
Tradycyjna odpowiedź centrowych i liberalnych elit na to zagrożenie okazuje się nieskuteczna z dwóch powodów.
Pierwszym jest przejmowanie agendy (Kooptacja). Chcąc odebrać głosy radykałom, partie głównego nurtu przejmują ich retorykę. Doskonałym przykładem jest zaostrzenie polityki migracyjnej na poziomie unijnym pod naciskiem Europejskiej Partii Ludowej, co de facto legitymizuje postulaty skrajnej prawicy.
Drugim powodem jest systemowa bezsilność. System parlamentarny ze swojej natury opiera się na walce o władzę państwową. Państwo, dysponujące monopolem na przemoc, stanowi idealne narzędzie dla autorytarystów. Każde wzmocnienie aparatu kontroli, inwigilacji czy centralizacji przez rządy liberalne staje się gotowym instrumentem w rękach skrajnej prawicy, gdy ta wygra wybory.
Próba zwalczania autorytaryzmu za pomocą struktur państwowych przypomina próbę gaszenia pożaru benzyną. Dopóki istnieje scentralizowany aparat władzy, dopóty będzie istnieć ryzyko przejęcia go przez siły reakcyjne.
Anarchizm jako jedyna konsekwentna alternatywa
W tym kontekście anarchizm – rozumiany jako dążenie do zniesienia wszelkich hierarchicznych form władzy i przymusu – przestaje być utopijną wizją, a staje się jedyną logiczną i strukturalną alternatywą. Dlaczego?
Skrajna prawica dąży do przejęcia i wzmocnienia państwa, by narzucić społeczeństwu swoją dyscyplinę. Anarchizm postuluje całkowity demontaż tego aparatu. Bez centralnego rządu, armii poborowej i zmilitaryzowanej policji, żadna autorytarna mniejszość nie jest w stanie narzucić swojej woli zorganizowanemu, wolnemu społeczeństwu.
Badania wykazują, że poparcie dla radykalizmu rodzi się z poczucia braku wpływu na własne życie i alienacji. Demokracja przedstawicielska sprowadza obywatela do roli wyborcy raz na kilka lat. Anarchizm proponuje demokrację bezpośrednią i federalizm. Decyzje dotyczące dzielnic, miejsc pracy czy regionów podejmowane są bezpośrednio przez zainteresowanych. Prawdziwa podmiotowość eliminuje podatność na populistyczną manipulację.
Skrajna prawica często wskazuje imigrantów lub mniejszości jako winnych kryzysów ekonomicznych. Anarchizm (zwłaszcza w wydaniu anarchosyndykalistycznym lub anarchokomunistycznym) uderza w rzeczywiste źródło problemu: kapitalistyczny system dystrybucji dóbr i własność prywatną środków produkcji. Zastąpienie pogoni za zyskiem produkcją nakierowaną na zaspokajanie realnych potrzeb ludzkich (poprzez spółdzielnie i rady pracownicze) likwiduje ekonomiczne podłoże, na którym wyrasta faszyzm.
Podczas gdy nacjonalizm buduje sztuczne mury i szczuje na siebie grupy społeczne, anarchizm opiera się na zasadzie uniwersalnej solidarności ludzkiej. Negując granice państwowe, odrzuca logikę wojen i imperializmu, oferując organiczną wspólnotę opartą na wolnym zrzeszaniu się, a nie przymusowym paszporcie.
Podsumowanie
Wzrost skrajnej prawicy w Europie to symptom głębszej choroby systemu, a nie chwilowe odchylenie od normy. Jak długo utrzymujemy wiarę, że hierarchiczne państwo i hierarchiczny wolny rynek przyniosą wolność, tak długo będziemy bezbronni wobec autorytarnych populistów, którzy te struktury potrafią wykorzystać najlepiej.Jedyną realną drogą ucieczki z tej pułapki jest odebranie władzy z rąk polityków i korporacji i przekazanie jej bezpośrednio w ręce ludzi. Anarchizm nie jest chaosem; jest porządkiem budowanym oddolnie, bez batog nad głowami ludzi – i jako taki stanowi jedyną kompletną antytezę dla nadchodzącego autorytaryzmu.
Edward Abramowski to postać, którą jako anarchiści musimy odzyskać dla wolnościowej pamięci. Choć podręczniki historii najchętniej zamykają go w szufladkach „profesora Uniwersytetu Warszawskiego”, „pioniera psychologii” czy „ojca polskiej spółdzielczości”, dla nas Abramowski pozostaje jednym z najbardziej bezkompromisowych, oryginalnych antyautorytarystów przełomu XIX i XX wieku.
Jego wersja bezpaństwowego socjalizmu, oparta na etyce i totalnym odrzuceniu przymusu instytucjonalnego, stanowi potężny oręż w walce z państwowym Lewiatanem. Co kryje życiorys tego genialnego buntownika? Oto portret myśliciela przez pryzmat faktów i fascynujących anomalii z jego życia.
Abramowski nie wziął się znikąd, ale jego droga do radykalnego libertarianizmu była kręta. Urodził się w zamożnej rodzinie ziemiańskiej na dzisiejszej Ukrainie.
Po przeprowadzce do Warszawy jego prywatną nauczycielką była sama Maria Konopnicka. Zamiast jednak nasiąknąć wyłącznie tradycyjnym, patriotycznym duchem, młody Edward zaczął potajemnie chłonąć dzieła Karola Marksa, Karola Darwina i Herberta Spencera.
Jako zaledwie 15-latek opublikował swoje pierwsze teksty społeczno-gospodarcze w piśmie „Zorza”, wykazując się niezwykłym jak na ten wiek zmysłem obserwacji ludzkiej biedy.
W 1889 roku Abramowski współtworzył Polską Socjalno-Rewolucyjną Partię „Proletariat” (tzw. II Proletariat). Szybko jednak jego drogi z klasycznymi marksistami się rozeszły. Podczas gdy inni marzyli o przejęciu władzy i dyktaturze proletariatu, Edward przejrzał tę iluzję. Zrozumiał to, co my – anarchiści – wiemy od zawsze: państwo socjalistyczne byłoby jedynie nowym aparatem ucisku i biurokracji. Odrzucił marksistowski determinizm materialistyczny. Uznał, że rewolucja polityczna bez uprzedniej rewolucji moralnej w sercach ludzi doprowadzi jedynie do zmiany jednych panów na drugich.
W 1905 roku Abramowski wydał swój absolutny manifest: „Zmowa powszechna przeciwko rządowi”. To nic innego jak genialnie rozpisana strategia anarchistycznego bojkotu i tworzenia alternatywnego społeczeństwa.
Abramowski nawoływał do całkowitego zerwania więzi z państwem zaborczym (i każdym innym). Postulował: nie płaćcie podatków, nie idźcie do wojska, nie pozwalajcie państwu sądzić waszych sporów ani uczyć waszych dzieci.
Zamiast tego proponował sieć wolnych, dobrowolnych stowarzyszeń (kooperatyw), które przejmą funkcje życiowe: kasy samopomocowe, niezależne sądownictwo polubowne i podziemną edukację. To czysty, żywy anarchosyndykalizm i koncepcja dualizmu władzy przeniesiona na polski grunt!
Abramowski nie był gabinetowym teoretykiem, ale tytanem nauki. To on założył w Warszawie pierwszą pracownię psychologiczną (1910). Co ciekawe, jego rewolucyjne podejście do psychologii eksperymentalnej i badania podświadomości miało głęboki związek z jego anarchizmem.
Abramowski wierzył, że ludzka podświadomość ukrywa pierwotne, wolne od narzuconej tresury społecznej pokłady braterstwa i intuicji etycznej.
Edward nie bał się tematów tabu. Fascynowały go zjawiska paranormalne, badał mediumizm, hipnozę, kryptomnezję oraz jasnowidzenie, próbując poddać je rygorystycznym metodom laboratoryjnym. Dla niego ludzki umysł był nieskończoną przestrzenią wolności, której żadne państwo nie ma prawa kontrolować.
Ludzie, którzy go znali, opisywali go jako człowieka o niemal mistycznym uroku osobistym. „Ujarzmiał ludzi bez wysiłku, przychodzili i sami zwierzali mu tajemnice” – pisano o nim.
To właśnie Edward Abramowski stał się bezpośrednią inspiracją dla Stefana Żeromskiego przy tworzeniu postaci Szymona Gajowca w „Przedwiośniu” .
Pisarz był zafascynowany ideami spółdzielczymi Abramowskiego.
Choć całe życie stał po stronie wykluczonych i robotników, pod koniec życia (w 1915 roku) objął Katedrę Psychologii na Uniwersytecie Warszawskim. Abramowski działał również w strukturach wolnomularskich czyli masonerii, co w tamtych czasach dla wielu radykalnych wolnościowców było platformą wymiany głębokich myśli humanistycznych i antyklerykalnych poza cenzurą państwową.
Z perspektywy wolnościowej mariaż anarchizmu z wolnomularstwem wydaje się paradoksem tylko na pierwszy rzut oka. Choć loże słyną z wewnętrznej hierarchii i rytuałów, to dla XIX- i XX-wiecznych anarchistów były one przestrzenią radykalnej wolności myśli, kuźnią antyklerykalizmu oraz bezpieczną przystanią przed tajną policją.
Edward Abramowski nie szukał w loży wpływów ani politycznych układów. Dla niego wolnomularstwo było przedłużeniem jego filozofii „powszechnego braterstwa ludzkiego” i etycznej przebudowy człowieka.
W latach 1908–1910 Abramowski przebywał w Brukseli i Paryżu. To właśnie we Francji został przyjęty do loży masońskiej.
Abramowski związał się z Międzynarodowym Mieszanym Zakonem Wolnomularskim „Le Droit Humain” (Prawo Ludzkie). Był to wybór niezwykle ideowy. W przeciwieństwie do tradycyjnej, konserwatywnej masonerii angielskiej, nurt ten był skrajnie liberalny, mocno lewicowy i jako pierwszy w historii przyjmował w swoje szeregi kobiety na całkowicie równych prawach. Dla anarchofeministycznych i egalitarnych poglądów Abramowskiego był to naturalny wybór.
Do masonerii należeli również inni wybitni anarchiści - Michaił Bakunin, Pierre-Joseph Proudhon, Piotr Kropotkin, Élisée Reclus, Francisco Ferrer.
Edward Abramowski zmarł przedwcześnie w czerwcu 1918 roku, nie dożywszy odzyskania przez Polskę niepodległości. I choć pod koniec życia, w obliczu pożogi I wojny światowej, w jego pismach pojawiły się tony mocniej akcentujące wspólnotę narodową (co niektórzy złośliwie nazywają „państwowym zwrotem”), jego fundamentalny wkład w myśl anarchistyczną pozostaje niezaprzeczalny.
Abramowski udowodnił, że anarchizm to nie chaos, ale najwyższa forma moralnej organizacji społeczeństwa – bez policji, bez biurokratów, bez panów -oparta na solidarności wolnych ludzi.
Król cyfrowego faszyzmu i jego bilion krwawych dolarów.
Jak Elon Musk podpala ulice i zarabia na nienawiści
Kapitalizm osiągnął swój najbardziej groteskowy, a zarazem śmiertelny punkt zwrotny. Elon Musk został ogłoszony pierwszym w historii ludzkości bilionerem. Ta abstrakcyjna, trudna do wyobrażenia fortuna nie jest jednak owocem geniuszu, lecz bezwzględnego wyzysku, unikania podatków i wysysania publicznych funduszy przez jego korporacyjne imperia, na czele z debiutującym na giełdzie SpaceX. Podczas gdy globalna klasa robotnicza zmaga się z nędzą, Musk gromadzi majątek przekraczający zasoby niemal połowy ludzkiej populacji razem wziętej.
Z anarchistycznej i antyfaszystowskiej perspektywy ten finansowy potwór to nie tylko król oligarchów – to bezpośrednie zagrożenie dla życia ludzkiego. Kiedy zdamy sobie sprawę z matematyki tego wyzysku, rzeczywistość staje się porażająca. W ciągu ostatniego roku jego portfel pęczniał w tempie ponad 1 miliona dolarów na minutę.
Oznacza to, że ten jeden człowiek wyszarpuje z globalnej gospodarki:
Około 16 666 dolarów na sekundę,
Ponad 1 milion dolarów na minutę,
Aż 1,44 miliarda dolarów w ciągu zaledwie 24 godzin.
Podczas gdy Ty czytasz to zdanie, na jego konto wpłynęły dziesiątki tysięcy dolarów, wypracowane przez robotników w fabrykach i sfałszowane systemy podatkowe. Co oligarcha robi z taką władzą? Finansuje faszyzm.
Cyfrowy megafon dla brunatnych bojówek
Zamiast ukrywać swoje reakcyjne sympatie, Musk jawnie przekształcił algorytmy swojej platformy X w narzędzie radykalizacji skrajnej prawicy. Odrzucając działy odpowiedzialne za bezpieczeństwo i walkę z mową nienawiści, stworzył cyfrowy schron dla neonazistów, białych suprematystów i faszystowskich agitatorów pokroju Tommy'ego Robinsona.
W czerwcu 2026 roku ta brunatna symbioza kapitału i nienawiści doprowadziła do tragedii na ulicach Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej. Po dramatycznym ataku nożownika w Belfaście, rasistowskie bojówki – stymulowane fake newsami i algorytmami X – natychmiast przystąpiły do działania. Sam Musk osobiście dolał oliwy do ognia. Podając dalej posty faszystowskich liderów i rozsyłając listy miejsc planowanych demonstracji, pisał pod adresem swoich 240 milionów obserwujących: „Tylko poprzez POWTARZALNE i GŁOŚNE protestowanie dojdzie do jakiejkolwiek zmiany!”.
Pogromy na ulicach Belfastu
Efekt podżegania przez miliardera był natychmiastowy i przerażający. Zamaskowane, rasistowskie bojówki zorganizowały brutalne pogromy, biorąc na celownik dzielnice imigranckie oraz osoby niebędące białymi. Płonęły samochody, domy i lokalne biznesy. Przerażone rodziny, w tym małe dzieci, musiały uciekać ze swoich domów w obawie o własne życie. Zamaskowani napastnicy szturmowali budynki mieszkalne i niszczyli zakłady rzemieślnicze prowadzone przez mniejszości etniczne.
Z punktu widzenia antyfaszystowskiego to podręcznikowy przykład tego, jak kapitał współpracuje z faszyzmem. Jak celnie zauważyła badaczka migracji Johanne Devlin Trew: „Obecni demonstranci pochodzą głównie z dzielnic robotniczych, podsyca ich jednak najbogatszy człowiek na tej planecie”. Musk używa klasycznego mechanizmu obronnego oligarchii: celowo szczuje biednych przeciwko jeszcze biedniejszym, wskazując migrantów jako kozły ofiarne, aby odwrócić uwagę od faktu, że to on i jemu podobni okradają społeczeństwo z owoców ich pracy.
Żadnych bogów, żadnych panów, żadnych bilionerów
Historia uczy, że faszyzm zawsze był tarczą ochronną wielkiego biznesu w momentach kryzysu kapitalizmu. Elon Musk, jako pierwszy bilioner w historii, personifikuje ten sojusz w sposób absolutny. Siedząc bezpiecznie w swoich luksusowych posiadłościach, inkasując ponad miliard dolarów na dobę, bawi się losem ludzi i podsyca rasistowski terror na ulicach europejskich miast za pomocą kliknięć na ekranie smartfona.
Dla ruchu anarchistycznego i antyfaszystowskiego wniosek jest jasny. Nie ma przestrzeni na dialog z systemem, który pozwala jednej jednostce na posiadanie biliona dolarów i wykorzystywanie tej potęgi do szerzenia pogromów. Likwidacja nienawiści na naszych ulicach wymaga jednoczesnego demontażu struktur władzy i kapitału, które tę nienawiść hodują. Przeciwko faszyzmowi, przeciwko miliarderom – jedyną odpowiedzią pozostaje solidarność klasowa ponad podziałami narodowościowymi i bezpośredni opór wobec oprawców.
Najnowsze sondaże pokazują, że o urząd prezydenta mogą powalczyć przedstawiciele dwóch politycznych skrajności – Jordan Bardella ze Zjednoczenia Narodowego (dawny Front National) i Jean-Luc Mélenchon z Francji Nieujarzmionej.
Największym i najbardziej stałym trendem w obecnych badaniach jest potężna przewaga Zjednoczenia Narodowego (RN). W obliczu kłopotów prawnych Marine Le Pen, ciężar przywództwa i miano głównego faworyta do Pałacu Elizejskiego przejął 30-letni Jordan Bardella.
Zwycięstwo w pierwszej turze.
Sondaże realizowane m.in. przez pracownię Odoxa wskazują, że Bardella w pierwszej turze wyborów prezydenckich może liczyć na poparcie sięgające 35–36%. Daje mu to kilkunastoprocentową przewagę nad jakimkolwiek kontrkandydatem.
Rozbicie głosów na lewicy (rywalizacja Glucksmanna z Mélenchonem) to prosta droga do powtórki z 2002 roku, kiedy Jean-Marie Le Pen wszedł do drugiej tury kosztem podzielonej lewicy.
Mój ojciec był jednym z pierwszych socjaldemokratów na Śląsku (p. 6). Pewnego dnia – miałem wtedy około ośmiu lat – chłopiec, z którym się bawiłem, nazwał mnie z drwiną i pogardą „socjaldemokratą” (p. 6). Gdy zapytałem matkę, dlaczego to słowo miało być obelgą, położyła tajemniczo palec na ustach i powiedziała mi, że socjaldemokraci byli kiedyś wyjęci spod prawa (p. 6). W 1890 roku, zaledwie dwa lata przed moim narodzeniem, uchylono tak zwane „ustawy antysocjalistyczne” (Sozialistengesetz) (p. 6). Matka opowiadała mi o nękaniu, jakiego doświadczała nasza rodzina, gdy to prawo jeszcze obowiązywało (p. 6). Policja często przychodziła do naszego domu w poszukiwaniu zakazanych pism (p. 6). Jednak nielegalne ulotki, broszury i listy były dobrze ukryte na strychu, a socjalistyczna gazeta była tak zręcznie umieszczona w klatce dla ptaków, że stróże prawa nigdy niczego nie znaleźli (p. 6).
Po klęsce rewolucji rosyjskiej w 1905 roku do naszego nadgranicznego miasta, Raciborza, przybyli rewolucjoniści z „Królestwa Polskiego” – będącego wówczas częścią Imperium Rosyjskiego (p. 6). Wielu z nich odwiedzało nasz dom, a ich opowieści i dyskusje o rewolucji i socjalizmie były dla trzynastoletniego chłopca ważnym wydarzeniem i objawieniem (p. 6). Przed moimi oczami duchowymi urósł nowy świat i od tamtej pory moim marzeniem było zostać rewolucjonistą (p. 6).
Nie musiałem długo marzyć: kilka miesięcy później mój starszy brat i ja uczestniczyliśmy w obchodach urodzin cesarza i obaj demonstracyjnie pozostaliśmy na swoich miejscach, podczas gdy śpiewano hymn imperialny „Heil Dir im Siegerkranz” (Chwała Ci w wieńcu zwycięzcy) (pp. 6-7). Zostaliśmy szorstko wyrzuceni z sali (p. 7). Dumni z naszej odwagi, wracając do domu, śpiewaliśmy refren studenckiej pieśni z 1848 roku, którą często słyszeliśmy z ust naszego ojca (p. 7):
Jeśli ludzie zapytają cię, co porabia Absalom (Wilhelm),
Powiedz im, że już dynda,
Lecz nie na sznurze i nie na drzewie,
Ale na tym marzeniu o republikańskich Niemczech (p. 7).
Nasz uparty opór wywołał wielkie poruszenie i oczywiście miał nieprzyjemny epilog w szkole (p. 7).
W kolejnych latach z innych miast przyjeżdżali mówcy socjaldemokratyczni na spotkania i wykłady, których nigdy nie opuszczałem (p. 7). Wydarzenia te były tematem dyskusji przez długie tygodnie (p. 7). Bardzo wyraźnie pamiętam wykład Adolfa Hoffmana, członka parlamentu (p. 7). Jego zjadliwe przerywanie podczas sesji parlamentarnych oraz jego broszura o Dziesięciu Przykazaniach (Dziesięć Przykazań a klasa posiadająca) uczyniły go jednym z najpopularniejszych polityków (p. 7). Nigdy nie przepuścił okazji do dowcipnych i sarkastycznych uwag – „Pan Oldenburg Januschau łże jak najęty” – co przyniosło mu wiele upomnień regulaminowych (p. 7). Klerykalna gazeta Lokalanzeiger opublikowała karykaturę pokazującą go z płonącą pochodnią w jednej ręce i „Biblią Dziesięciu Przykazań” w drugiej, ku przestrodze wszystkich dobrze myślących obywateli (p. 7). Był to jednak najskuteczniejszy efekt propagandowy, jakiego mój ojciec, jeden z organizatorów, mógł sobie życzyć (p. 7). Sala była wypełniona po brzegi, a mówca wyjaśnił słuchaczom drogi i cele socjaldemokracji w prosty, łatwo zrozumiały sposób (p. 7).
Jako czternastoletni chłopiec przeczytałem już książkę Augusta Bebela Z mojego życia (p. 7). Bebel cieszył się w naszej rodzinie wielkim szacunkiem (p. 7). Przed wejściem do polityki był mistrzem tokarskim, tak jak mój ojciec (p. 7). Zacząłem czytać bez wybredzania wszelką literaturę socjalistyczną, jaka wpadła mi w ręce (p. 7). Powoli, ale nieubłaganie zacząłem wątpić w nieomylność doktryny chrześcijańskiej i stałem się agnostykiem (p. 7). Proces ten zapoczątkował mój brat Franz, który pewnego niedzielnego poranka namówił mnie do odwiedzenia pomnika Eichendorffa zamiast pójścia do kościoła, jak to mieliśmy w zwyczaju (p. 7). Romantyczna pieśń, którą śpiewaliśmy podczas tej wędrówki, „O doliny szerokie, o góry wyniosłe, o zielone lasy”, była dla nas modlitwą do natury i znaczyła dla naszych dusz więcej niż śpiewanie mistycznych psalmów w kościele (pp. 7-8). Mój ojciec ateista oczywiście pochwalił naszą eskapadę, ale moja katolicka matka udzieliła nam nagany (p. 8). Postanowiliśmy odtąd nic nie mówić w domu (p. 8).
Nie mogłem już znieść życia w małym miasteczku (p. 8). Głód wiedzy i żądza przygód sprawiły, że wyjechałem (p. 8). Nocna podróż w przedziale kolejowym czwartej klasy dowiozła mnie do Berlina kosztem 9,50 marki (p. 8). Tutaj znajdował się punkt startowy mojego życia jako działacza: uczestnictwo w spotkaniach, rozdawanie ulotek, dyskusje i nauka (p. 8). Jako syn starego członka partii i socjalista w drugim pokoleniu, ponownie spotkałem Adolfa Hoffmana i zostałem przedstawiony Eduardowi Bernsteinowi, Karlowi Liebknechtowi, Juliusowi Borchardtowi, Clarze Zetkin i innym luminarzom socjaldemokracji (p. 8). Podczas rozmowy, którą odbyłem z Fidusem na święcie przesilenia letniego w Friedrichshagen, wspomniano o eseju Gustava Landauera „Nowa droga ku wspólnocie”; podczas jego lektury na moim duchowym horyzoncie pojawiła się nowa jasna gwiazda (p. 8). Teraz zacząłem czytać dzieła Maxa Stirnera, Eugena Dühringa, Piotra Kropotkina i w ten sposób zapoznałem się z innym wariantem socjalizmu (p. 8). To, co wydało mi się najbardziej pociągające, to przeniesienie odpowiedzialności za realizację socjalizmu z centrum na peryferie, to znaczy z organu ustawodawczego na samych ludzi pracy (p. 8). Stało się dla mnie jasne, że wolność wszystkich można osiągnąć tylko wtedy, gdy opiera się ona na samoświadomości jednostki (p. 8). Jeśli wybrany przedstawiciel przyjmuje odpowiedzialność na kilka lat, jak ma to miejsce w demokracji przedstawicielskiej, samostanowienie ludu staje się fikcją (p. 8). Socjalizm, jak go teraz rozumiałem i jakiego realizacji pragnąłem, powinien stać się – poza rozwiązaniem czystego problemu walki o chleb – praktyczną filozofią społeczną dotyczącą wszystkich aspektów życia wspólnotowego (p. 8). Zacząłem wątpić w całkowitą słuszność aspektu materialistycznego czy ekonomicznego oraz w obiektywny, deterministyczny bieg historii (p. 8).
Ponieważ straciłem już wiarę w chrześcijański dogmat, wystąpiłem z kościoła, gdy tylko osiągnąłem pełnoletniość (p. 8). Po tym przyjąłem „monizm”, filozofię szeroko akceptowaną w kręgach postępowych (p. 8). Później, pod wpływem francuskiego filozofa J. H. Boexa-Borela, którego książka o pluralizmie (Le Pluralisme, Essai sur la Discontinuité et l'Héterogenéité des Phenomènes, 1909) wywarła na mnie głębokie wrażenie, odrzuciłem również monizm, ponieważ nie wydawał mi się dawać jasnej odpowiedzi na moje poszukiwanie prawdy (pp. 8-9). Całkowicie porzuciłem zasadę „Jedności” zarówno filozoficznie, jak i politycznie – jeden bóg, jeden kosmiczny motyw przewodni, jeden (wybrany) naród, jeden wódz – na długo przed tym, zanim faszyzm rozwinął z niej swoją totalitarną doktrynę społeczną (p. 9). Nie potrafiłem rozwiązać zagadki wszechświata, ale nie potrafili tego również filozofowie teologiczni i ateistyczni (p. 9).
Na spotkaniu wyborczym w Neukölln, gdzie Clara Zetkin zabiegała o głosy na Socjaldemokratyczną Partię, Gustav Landauer wyjaśniał swoje idee dotyczące socjalizmu i postanowiłem pójść za tym drugim (p. 9). Osobowość Gustava Landauera odpowiadała wyobrażeniu, jakie stworzyłem sobie o nim podczas czytania jego książek (p. 9). Jego wysoka sylwetka, wysokie czoło, wizjonerskie oczy i wysoce intelektualne rysy twarzy oprawionej w brodę przypominającą Chrystusa, nadawały mu wyraz wyraźnej charyzmy (p. 9). Dwa lata przed tym spotkaniem, w 1908 roku, on i jego polityczni przyjaciele założyli Federację Socjalistyczną (p. 9). Opierając się na filozofiach Proudhona, Bakunina i Kropotkina, Landauer sformułował jej program (p. 9). Dla niego socjalizm był nowym systemem kulturowym wspieranym przez federacje niezależnych organizacji gospodarczych i komunalnych, wymieniających swoje produkty „sprawiedliwie” między sobą i ostatecznie zastępujących kapitalizm oraz państwo (p. 9). Celem była republika socjalistyczna, która według Landauera była „Anarchią” w pierwotnym sensie tego słowa i „Ładem Federacji przez Wolontariat” (p. 9).
To był ten rodzaj socjalizmu, który uważałem za intuicyjnie pociągający (p. 9). Nie było tam formalnej polityki przyjmowania członków, kart członkowskich ani składek (p. 9). Wieczorami pomagałem w centrali przy Wrangelstrasse 34 w Berlinie O przy wysyłce Socjalisty, dwutygodnika redagowanego przez Gustava Landauera (p. 9). Zecer, Max Müller, zajmował się składaniem tekstu w zamian za pokój i utrzymanie, a właściciel małej drukarni, Wilhelm Habicht, wykonywał drukowanie po obniżonej stawce (p. 9). Sam Landauer nie prosił o żadną gratyfikację finansową za swoje teksty (p. 9). Na naszych regularnych wieczornych spotkaniach krzywo patrzono na alkohol i palenie (p. 9). Był wśród nas także młody Serb, który, jak nam opowiadał, głosił ewangelię abstynencji w ogródku piwnym swojego ojca, po czym został wysłany w świat, by rozejrzeć się za „doświadczeniem” (p. 9). Istniało piętnaście lokalnych oddziałów; jeden z nich, nazwany „Akcja”, został założony w Monachium przez Ericha Mühsama (pp. 9-10).
Nie byliśmy rewolucjonistami-amatorami, którzy starali się stworzyć nowy porządek społeczny siłą; nie byliśmy też samotnymi marzycielami (p. 10). Opieraliśmy nasze stanowisko na rzeczywistości (p. 10). Naszym zdaniem Socjaldemokratyczna Partia nie spełniła oczekiwań w obliczu najbardziej palących problemów tamtego czasu z powodu swojego dogmatyzmu i oportunizmu (p. 10). Dogmatyczne było jej lekceważenie ruchu spółdzielczego, który główni ideolodzy partii, Karol Marks i Fryderyk Engels, pogardliwie nazywali „burżuazyjnym znachorstwem” (p. 10). Jednak w 1910 roku, gdy Międzynarodowy Kongres Socjalistyczny w Kopenhadze, wykluwając się ze swojej marksistowskiej skorupy, opowiedział się za tworzeniem spółdzielni, niemiecka partia poszła w jego ślady (p. 10). Za oportunistyczne uważaliśmy zaniechanie propagandy antymilitarnej, która miałaby ogromne znaczenie w zmilitaryzowanych Prusach (p. 10). Ponadto zainteresowaliśmy się ruchem reformy rolnej (p. 10). Choć w zakładaniu spółdzielni rolniczych nie widzieliśmy rozwiązania wszystkich bolączek społecznych, uważaliśmy je za fundamentalne modele porządku socjalistycznego (p. 10). Uczestniczyliśmy we wszystkich masowych ruchach na rzecz sprawiedliwości społecznej, postępu kulturowego, a przede wszystkim na rzecz zachowania pokoju (p. 10). Gdy ekspansja światowego handlu doprowadziła do tarć między konkurującymi mocarstwami, symptomy nieuchronnego globalnego konfliktu stawały się coraz bardziej widoczne (p. 10). Pojawienie się niemieckiego okrętu wojennego we francusko-marokańskim mieście portowym Agadir, wojna w Trypolisie między Włochami a Turcją, wojny bałkańskie, w których Austro-Węgry i Serbia – ta ostatnia popierana przez Rosję – stanęły naprzeciw siebie, były pewnymi oznakami zbliżającej się katastrofy (p. 10).
Ludzie, poprzez akcję bezpośrednią, mogli zabezpieczyć zachowanie pokoju (p. 10). Krajem, w którym należało podjąć inicjatywę akcji bezpośredniej, krajem o największym potencjale wojennym, były Niemcy (p. 10). Od partii nacjonalistycznych nie oczekiwano oczywiście żadnego zdecydowanego zaangażowania na rzecz pokoju (p. 10). Zainicjowanie działań należałoby do Socjaldemokratycznej Partii, reprezentowanej w Reichstagu przez znaczną liczbę posłów oraz ściśle powiązanej i popieranej przez wszechpotężne związki zawodowe (p. 10). Jaka jednak była postawa partii w obliczu tych brzemiennych w skutki problemów? (p. 10)
Na Kongresie Socjalistów w Stuttgarcie w 1907 roku francuski antymilitarysta Gustave Hervé zainicjował dyskusję na temat działań antywojennych mających zapobiec wojnie, przede wszystkim o najskuteczniejszym działaniu – strajku generalnym (p. 11). Niemieccy socjaldemokraci byli w opozycji (p. 11). Dla nich „strajk generalny” był niczym innym jak „generalnym nonsensem” (p. 11). W niektórych kręgach marksistowskich głoszono dogmatyczne podejście, że wojna była koniecznym następstwem kapitalizmu i można jej zapobiec jedynie przez ustanowienie porządku socjalistycznego (p. 11). Socjaldemokratyczna Partia będzie bronić „Ojczyzny” przed każdym atakiem sił zewnętrznych, zwłaszcza ze strony zacofanej i słabo rozwiniętej gospodarczo Rosji (p. 11). To rozumowanie legło u podstaw „socjapatriotyzmu” (p. 11). Szowinistyczne partie podsuwały hasło „Duch narodu niemieckiego będzie zbawieniem świata” (p. 11). Niestety! Dla „socjapatriotów” niemiecki mundur wojskowy był ważniejszy niż międzynarodowe czerwone insygnia… Projekt rezolucji wzywający robotników do akcji bezpośredniej przeciwko wojnie i żądający od socjalistów głosowania przeciwko wypowiedzeniu wojny oraz kredytom wojennym spotkał się z wetem socjaldemokratów (p. 11). Hervé, rozczarowany, zrezygnował, a później sam stał się szowinistą (p. 11). Jedynymi socjaldemokratami opowiadającymi się za działaniem byli Karl Liebknecht i Róża Luksemburg (p. 11).
Występ ten powtórzył się na Międzynarodowym Kongresie Socjalistów w Kopenhadze w 1910 roku (p. 11). Tym razem to Anglik Keir Hardie w imieniu swojej partii zaapelował do socjalistów wszystkich krajów o wspólną walkę z wojną i militaryzmem (p. 11). Zaproponował on nie tylko rozbrojenie, ale walkę o całkowitą eliminację mentalności militarnej (p. 11). Rezolucja, sformułowana i przedłożona przez niego oraz Francuza Vaillanta, postulowała międzynarodową kampanię antywojenną oraz strajk generalny robotników przemysłu wojennego i transportu międzynarodowego (p. 11). Ponownie niemieccy socjaldemokraci odrzucili projekt rezolucji, w przeciwieństwie do szwedzkich socjaldemokratów, którzy wykazali pozytywne nastawienie (p. 11). Aby zapobiec rozłamowi w międzynarodówce, projekt poddano pod głosowanie (p. 11). W ten sposób niemieccy socjaldemokraci byli głównymi przeciwnikami konsekwentnej strategii antymilitarnej (p. 11). Bebel z zadumą krytykował w niemieckim Reichstagu błyszczące guziki na tunikach niemieckiej armii, które mogły służyć jako wygodny cel dla wroga (p. 11). Oświadczył również, że on sam – jako stary człowiek, jakim wtedy był – byłby całkowicie gotów chwycić za broń w wojnie przeciwko carskiej Rosji (p. 11).
My, młodzi socjaliści, trzymaliśmy jednak stronę naszych francuskich i angielskich przyjaciół (p. 12). Chcieliśmy walczyć z wojną i militaryzmem z całą naszą młodzieńczą energią (p. 12). Federacja Socjalistyczna utworzyła komitet ad hoc w celu przygotowania spotkania robotników, by omówić sposoby i środki realizacji działań na rzecz pokoju (p. 12). Wierzyliśmy również, podobnie jak socjaliści francuscy i angielscy, że strajk generalny jest lepszy niż wojna generalna (p. 12). Byliśmy pewni, że antymilitarna i syndykalistycznie zorientowana francuska klasa robotnicza wykaże solidarność z wszelkimi antywojennymi działaniami zainicjowanymi w Niemczech (p. 12). Pokój na świecie zależał teraz od solidarności niemieckiej i francuskiej klasy robotniczej (p. 12).
Gustav Landauer napisał broszurę zatytułowaną Zniesienie wojny przez samostanowienie ludu: Pytania do niemieckich robotników. Wydrukowaliśmy 100 000 egzemplarzy. Jednak przed rozpoczęciem ich dystrybucji informator Prawitz Reimann powiadomił policję, która 4 grudnia 1911 roku skonfiskowała wydrukowane egzemplarze, ponieważ zawierały wezwanie do strajku generalnego. Konfiskata była nielegalna; w przepisach nie było prawa, które zabraniałoby opuszczenia miejsca pracy lub podjęcia strajku.
Niemniej jednak wyrok sądu w Berlinie podtrzymał działania policji 25 marta 1912 roku. Broszura pozostała na liście literatury zakazanej, a wszystkie egzemplarze oraz skład drukarski zostały zniszczone. Żadnej osobie nie można było postawić zarzutów ze względu na fakt, że obciążający artykuł był podpisany jako „Anonim”. Dopiero wiele lat później, w 1919 roku, broszura została opublikowana pod nazwiskiem Landauera w tomie jego zebranych esejów zatytułowanym Świadectwo.
W tym miejscu chcę zrobić dygresję od przedstawiania kolejnych wydarzeń, aby opowiedzieć o osobistym przeżyciu. 18 marca 1912 roku wraz z kilkoma towarzyszami złożyliśmy wieniec na grobie ofiar masakry z 1848 roku w Friedrichshain (p. 12). Opuszczając cmentarz, zostałem aresztowany przez policję i przesłuchiwany przez wiele godzin w kwaterze głównej (p. 12). Dochodzenie policyjne wykazało, że urodziłem się w Niemczech, byłem zameldowany na policji i nie miałem przeszłości kryminalnej. Następnie zostałem zwolniony z aresztu policyjnego (p. 12). Zostałem aresztowany tylko dlatego, że byłem nowym przybyszem w ruchu i jako taki nie byłem znany policji (p. 12). Choć członkostwo w wolnościowej organizacji socjalistycznej nie było nielegalne, każdy, kto korzystał z tego konstytucyjnego prawa, był obserwowany, kontrolowany i nękany przez policję tego prusko-niemieckiego autorytarnego państwa.
W 1912 roku uniknięto przekształcenia konfliktu bałkańskiego w ogólnoeuropejską wojnę. Jednak po zabójstwie austriackiego arcyksięcia Franciszka Ferdynanda i jego żony przez serbskiego nacjonalistę Principa w Sarajewie 28 czerwca 1914 roku, niebezpieczeństwo konfliktu zbrojnego między europejskimi mocarstwami stało się palące. Teraz brzemienny w skutki test miał ustalić, czy pragnienie pokoju u ludzi przeważy nad szowinistycznym nacjonalizmem, czy idee humanistycznego socjalizmu będą silniejsze niż międzynarodowy interes kapitału. 29 lipca 1914 roku przedstawiciele Międzynarodówki Socjalistycznej spotkali się w Brukseli, aby zająć stanowisko w obliczu zagrożenia nadchodzącą wojną.
W toku dyskusji stało się ewidentne, że u niemieckich i austriackich socjaldemokratów uczucie narodowe było znacznie silniejsze niż ich przywiązanie do socjalistycznego internacjonalizmu. Karl Legien, delegat niemieckich związków zawodowych, dał swojemu francuskiemu odpowiednikowi Léonowi Jouhaux jednoznacznie do zrozumienia, że w przypadku wojny niemieccy robotnicy pomaszerują, a nie podejmą strajk, podczas gdy zaledwie kilka dni wcześniej organ prasowy francuskich związków, La Bataille Syndicaliste, opowiedział się za strajkiem generalnym jako środkiem zapobiegania wojnie. W ten sposób Socjaldemokratyczna Partia, najsilniejsza sekcja Międzynarodówki Socjalistycznej, stała się odpowiedzialna za podżeganie do wojny poprzez głosowanie w Reichstagu (reprezentowanym przez 110 deputowanych) za przyznaniem kredytów wojennych. Cztery miesiące później, 2 grudnia, frakcja socjaldemokratyczna w Reichstagu zagłosowała ponownie za dodatkowymi kredytami wojennymi. Tylko Karl Liebknecht i Otto Rühle zgłosili sprzeciw. Później dołączyli do nich inni.
Gdy wybuchła wojna, byłem w Wiedniu i odwiedziłem grupę komunistycznych anarchistów założoną przez Rudolfa Grossmana (Pierre'a Ramusa). Choć policja doskonale wiedziała, że był to ruch pokojowych kropotkinowców i tołstojowców, byliśmy poddawani częstemu nękaniu. Wkrótce po wybuchu działań wojennych zostałem aresztowany i deportowany do kraju mojego urodzenia. Moja prawa ręka została skuta kajdankami z lewą ręką towarzysza niedoli. Nawet w nocy nie zdejmowano kajdanek . Po dwóch dniach zostałem przekazany komendantowi garnizonu małego śląskiego miasteczka jako osoba podejrzana . Na nakazie zatrzymania widniała uwaga zapisana wielkimi literami, podkreślona czerwonym atramentem: „UWAGA! ANARCHISTA” . Etykieta ta powinna była zostać naklejona na moje czoło, bo w walizce nie miałem dynamitu. Następnie zostałem przyjęty do szpitala z powodu ostrego, ale niegroźnego stanu serca. Zwolniony na rekonwalescencję, nie wróciłem, aby uniknąć powołania do wojska. Wojna za Cesarza i Ojczyznę nie była moją wojną.
Jeszcze kilka słów o Gustavie Landauerze, którego idee są wciąż błędnie rozumiane, ponieważ nie uważał parlamentu za instrument urzeczywistniania socjalizmu. Brakowało mu dwóch cech niezbędnych dla polityka: próżności i pragnienia wygodnego życia. Żył i umarł jako ubogi człowiek. Kiedy Kramer-Badoni nazwał go „prorokiem osobliwego, sentymentalnego anarchizmu”, najwyraźniej nie wiedział, że Landauer był jednym z pierwszych, którzy postulowali ustanowienie ligi narodów dla zabezpieczenia trwałego pokoju. Na Boże Narodzenie 1916 roku wysłał list do ówczesnego prezydenta amerykańskiego, Woodrowa Wilsona, w którym pisał między innymi:
W obecnym czasie koniecznością powinno być, aby kraje uczestniczące w tej wojnie, to znaczy wszystkie państwa walczące, a także neutralne, nalegały, w porozumieniu ze swoimi szanownymi wybranymi przedstawicielami, na zapis w traktacie pokojowym, który wzywa – w określonym terminie – do zwołania międzynarodowego kongresu państw. Decyzje tej organizacji powinny być wiążące i powinna ona – niezależnie od tymczasowego traktatu pokojowego – poddać pod swoją jurysdykcję dwie sfery, które niestety dotychczas uważano za wewnętrzne sprawy polityczne każdego państwa, i uczynić je wspólnymi sprawami wszystkich państw: (1) zbrojenia, (2) nadzór nad prawami konstytucyjnymi każdego państwa w celu zagwarantowania przejęcia odpowiedzialności przez cały naród za politykę rządu danego państwa za pomocą bezpiecznych instytucji prawnych.
Landauer prosił w tym liście o międzynarodową konferencję rozbrojeniową. Ponowne zbrojenie, jak mówił, nie mogło być jedynie wewnętrzną sprawą polityczną państw, ale powinno być regulowane przez zgodne z prawem instrumenty międzynarodowego kongresu, którego decyzje byłyby wiążące i wykonalne. Nie wiadomo jednak, czy list Landauera kiedykolwiek dotarł do Wilsona . Mimo to kilka tygodni później Wilson ogłosił swój słynny manifest, w którym wyłożył podobne idee. A dwa lata później w Genewie utworzono Ligę Narodów.
Rozdział 2: 1914–1919: Dezerter w Skandynawii
W starych, dobrych czasach – dobrych tylko dla starszych ludzi opłakujących minione dni swojej młodości – biedni byli biedniejsi, a warunki życia mas były gorsze niż dzisiaj . Jednak przed I wojną światową cieszyliśmy się wolnościami, które teraz utracono . Przed 1914 rokiem każdy mógł podróżować po całej Europie bez żadnego dokumentu tożsamości, pod warunkiem, że posiadał bilet kolejowy lub okrętowy na podróż z kontynentu na kontynent. Paszporty były wymagane jedynie przy podróżach do kolonii lub carskiej Rosji . Po zabójstwie amerykańskiego prezydenta Williama McKinleya przez polskiego anarchistę Leona Czolgosza w 1901 roku podejrzani podróżni przybywający do USA byli dokładnie sprawdzani. Sprawdzani? Gdy niemiecki imigrant został zapytany, czy jest anarchistą i odpowiedział z udawaną naiwnością: „Jestem stolarzem meblowym”, otrzymywał pozwolenie na lądowanie bez większych korowodów . Dzięki tej swobodzie przemieszczania się, która trwała przez pierwszy miesiąc wojny, mogłem bez trudu przedostać się do Szwecji. W Sztokholmie przedstawiono mnie Emilowi Manusowi Swenssonowi, który jako przeciwnik wojny w Szwecji doświadczył tych samych kłopotów, co ja w Prusach . Zignorował wezwanie komisji poborowej . Gdy policja przyszła go zabrać, zawinął się w dywan tak krótki, że wystawały mu nogi . W tym stroju został doprowadzony do koszar, ale zwolniony po krótkim czasie . Pozostaliśmy przyjaciółmi na całe życie .
Gregory Bovino i Jared Taylor przylecieli, aby wesprzeć aktywistów, których kiedyś nawet skrajnie prawicowe partie europejskie uznały za zbyt toksycznych.
PORTO, Portugalia — Europejscy skrajnie prawicowi aktywiści, którzy opowiadają się za masową deportacją imigrantów i ich potomków, zyskują wsparcie dzięki temu, że administracja Trumpa przyjęła ich kluczowe hasło: reemigracja.
Około 500 aktywistów i wpływowych osób zebrało się w sobotę na południe od Porto, aby omówić koncepcję, niegdyś marginalną, używaną jedynie szeptem w kręgach skrajnej prawicy. Były szef Straży Granicznej Stanów Zjednoczonych Gregory Bovino i amerykański biały nacjonalista Jared Taylor byli gośćmi VIP na ściśle kontrolowanym wydarzeniu , w którym uczestniczyli również wybrani przedstawiciele hiszpańskiej partii Vox i niemieckiej Alternatywy dla Niemiec (AfD).
Inne czołowe europejskie partie skrajnie prawicowe, a zwłaszcza francuskie Zgromadzenie Narodowe, unikały tego określenia lub odrzucały tę politykę jako zbyt radykalną, ponieważ atakuje ona migrantów ze względu na ich pochodzenie etniczne lub religię. Jednak użycie tego określenia przez prezydenta USA Donalda Trumpa i obietnica Departamentu Stanu USA utworzenia urzędu ds. reimigracji dodały otuchy wieloletnim zwolennikom tej polityki w Europie.
„Kiedy słowo to jest uznawane przez prezydenta wielkiego mocarstwa… nie można już mówić, że jest to marginalne” – powiedział Jean-Yves Le Gallou, były europoseł francuskiej skrajnej prawicy z rządu Jeana-Marie Le Pena, podczas sobotniego „Szczytu remigracyjnego 2026” .
Spotkanie odbyło się w nadmorskim mieście Figueira da Foz, 135 kilometrów na południe od Porto. Wzięli w nim udział aktywiści z całej Europy, Stanów Zjednoczonych i Kanady.
„Bardzo się cieszę, że mogę przyjechać i podzielić się z Europejczykami swoją wiedzą”, aby uporać się z „nielegalnymi imigrantami niszczącymi europejską kulturę” – powiedział Bovino na
spontanicznej konferencji prasowej przy bramce.
W wywiadzie udzielonym skrajnie prawicowej stronie internetowej przed szczytem Bovino — który nie miał na sobie kontrowersyjnego płaszcza — nazwał Erwina Rommla, generała nazistowskich Niemiec, postacią inspirującą i zaoferował swoją pomoc w zakończeniu tego, co określił jako „narastający horror”, powtarzając rasistowskie określenia używane przez skrajnie prawicowych ekstremistów w odniesieniu do migrantów.
„Jeśli można czerpać inspirację z modelu i metody amerykańskiej Straży Granicznej , to fantastycznie” – dodał były szef Straży Granicznej, który został zwolniony ze stanowiska po tym, jak podlegli mu agenci zabili 37-letnią pielęgniarkę w Minneapolis.
Moment Sellnera
Współorganizatorem szczytu w Porto był austriacki skrajnie prawicowy aktywista Martin Sellner, który po raz pierwszy zwrócił na siebie uwagę w 2024 roku, gdy odbył tajne spotkanie w Poczdamie, gdzie omawiał koncepcję reemigracji z politykami AfD. Wiadomość o spotkaniu w Poczdamie wywołała wówczas masowe protesty w Niemczech, a wielu wskazywało na paralele z wczesnymi planami masowej deportacji Żydów w czasie II wojny światowej.
Dwa lata później pewny siebie Sellner udzielił dziennikarzom wywiadów na szczycie poświęconym reemigracji, omawiając przy tym koncepcje, które jego zdaniem stają się coraz powszechniejsze.
„Mamy bardzo neurotyczny stosunek do naszej własnej przynależności etnicznej, naszej własnej tożsamości etniczno-kulturowej i myślę, że musimy to przezwyciężyć” – powiedział Sellner reporterom na szczycie, wzywając Europejczyków do przezwyciężenia „kompleksu winy” i „nienawiści do samych siebie” wynikających z „powojennego konsensusu”.
W wydarzeniu wzięło udział co najmniej trzech polityków AfD, w tym Kay Gottschalk, poseł do Bundestagu i jeden ze współzałożycieli partii. Gottschalk powiedział, że był tam „po to, by słuchać” jako „gość”. Lena Kotré, posłanka AfD i przedstawicielka w parlamencie Brandenburgii, przemawiała na scenie. Obecny był również Sven Tritschler, poseł do parlamentu Nadrenii Północnej-Westfalii.
Na liście prelegentów szczytu znaleźli się posłowie partii Vox, Rocío de Meer i Carlos Quero. Wśród prelegentów znalazł się również aktywista Sammy Woodhouse, zwolennik prawicowej partii Restore Britain.
Doszło do napięć, gdy reporterzy akredytowani do relacjonowania wydarzenia nie zostali wpuszczeni na teren imprezy i zostali zmuszeni do pozostania na parkingu. W pewnym momencie dron przeleciał nad grupą dziennikarzy, wykonując powtarzające się, agresywne ruchy w kierunku dziennikarki.
Kolejka do selfie
Z kolei w środku przywitano wielu wpływowych prawicowców wyposażonych w sprzęt high-tech, a kanały społecznościowe szczytu cieszyły się „ogromnym” zainteresowaniem, częściowo dzięki obecności Bovino.
Od 1911 roku byłem członkiem Socjalistycznej Ligi Landauera w Berlinie, znałem wszystkich anarchistów (oprócz Benjamina Tuckera) w Europie i Ameryce, od 1917 roku publikowałem prace na temat anarchizmu w języku szwedzkim, hiszpańskim i niemieckim, w 1920 roku polemizowałem z Leninem i Zinowjewem w Moskwie i Piotrogrodzie, przez dziesięć lat byłem redaktorem „Syndykalisty” w Berlinie, a także sekretarzem Międzynarodowego Stowarzyszenia Pracowników IWA-AIT (anarcho-syndykalistycznej Międzynarodówki), podczas wojny domowej w Hiszpanii kierowałem działem informacji zagranicznej w Barcelonie i w końcu przez prawie 20 lat pracowałem w Ameryce Łacińskiej, a także w Afryce – częściowo z ramienia Międzynarodowego Biura Pracy w Genewie – jako ekspert do spraw edukacji.
Kropotkin nie był kaznodzieją przemocy. Kiedy spędziłem kilka dni w jego domu w Dmitrowie pod Moskwą, z entuzjazmem opowiadał o tym, jak niewiele krwi kosztowała rewolucja lutowa i obalenie caratu. Każdy, kto znał autora „Pomocy wzajemnej”, szanował jego głębokie człowieczeństwo i podziwiał dobroć i łagodność, które emanowały z jego osobowości.
Bakunin, który walczył i cierpiał za wolny porządek społeczny, opowiadał się również za rewolucyjnym zniesieniem uciskających form rządów, a nie za niszczeniem ludzkiego życia. Dla niego, jak sam to ujął, „duch zniszczenia był duchem twórczym”. Na niestosowną uwagę, że Bakunin był „prawdopodobnie impotentem”, istnieje jasna odpowiedź: nawet po zakończeniu II wojny światowej jedna z jego córek nadal mieszkała w Rzymie.
W czasach Świętego Przymierza, samodzierżawia w Rosji i boskiego prawa królów w Europie Środkowej, słownictwo rewolucjonistów z konieczności różniło się od słownictwa dzisiejszej demokracji parlamentarnej. W popularnych gazetach swojego kolegi dyrygenta, Röckela, Richard Wagner pisał: „Zniszczę panowanie jednych nad drugimi; rozbiję potęgę możnych, prawa i własności. Niech własna wola będzie panem człowieka, a nic nie jest od niej wyższe. Niech zniszczona zostanie iluzja, która daje jednej osobie władzę nad milionami, która uczy, że ma się moc uszczęśliwić wszystkich innych”. Stirner, Proudhon, Bakunin nie mogliby przemawiać bardziej radykalnie niż wielki kompozytor.
Artykuł, poprzez niejasne sformułowanie „owiane legendą”, sugeruje, że „Emma Goldman zarabiała na amerykański anarchizm jako prostytutka”. Jako przyjaciółka i towarzyszka Emmy Goldman przez dziesięciolecia, pragnę temu zaprzeczyć. Emma Goldman, która przyjechała do Berlina z Rosji po wydarzeniach kronsztadzkich w 1921 roku, mieszkała w moim mieszkaniu przy Plantagenstrasse w berlińskiej dzielnicy Steglitz. Znałam jej życie publiczne i prywatne z własnego doświadczenia i mogę zapewnić, że nigdy nie była prostytutką. W swoich wspomnieniach „Living My Life” (Życie moim życiem) mówi również całkiem otwarcie o swoim życiu prywatnym.
Nestor Machno w końcu nie był „pijakiem i kobieciarzem”; podczas pobytu w Berlinie Machno gościł u mnie niemal codziennie. Nigdy nie widziałem go pijanego i nic nie wiem o jego kobieciarstwie. Później wypił lampkę wina we Francji, co nie przeszkodziło mu w napisaniu książki „La Révolution russeen Ukraine” (Rewolucja rosyjska na Ukrainie). Zmarł stosunkowo młodo na gruźlicę.
„Propaganda czynem” była jedynie przejściową fazą rozwoju, nigdy nie stanowiła istoty ruchu anarchistycznego. Artykuł w ogóle nie wspomina o anarchizmie bez przemocy, o tołstojowcach, o odłamie ruchu, który poprzez zakładanie wszelkiego rodzaju osiedli i spółdzielni, w tym kibuców, oraz o bezpaństwowym socjalizmie, pod którym Gustav Landauer i Martin Buber podpisali się w swojej książce „Ścieżki do utopii” – odłamie anarchizmu, który wydał najpiękniejsze owoce. Nie porusza również istotnego wpływu, jaki idee anarchistyczne wywarły na rozwój ruchu spółdzielczego w krajach łacińskich od czasów Proudhona.
Nikolaus von Sementowski-Kurllo, 68, pisarz:
Odnośnie zamachu na cara Aleksandra II: Grupa Narodnaja Wola (Wola Ludu) miała bardzo jasny program polityczny, więc nie wydaje mi się do końca właściwe wrzucanie jej do jednego worka z anarchistami w ogóle, a w szczególności z „teoretykiem utopii” Kropotkinem, zwłaszcza że ten ostatni, jak wspomniano w artykule, potępił zamach. Zamach na cara miał zapobiec rychłemu ogłoszeniu konstytucji, która przekształciłaby Rosję w monarchię konstytucyjną, tym samym znacznie osłabiając siłę i siłę perswazji ruchów rewolucyjnych. Franz Weidl, rzeźbiarz:
„Zabójca” Berkman? Nie ma lepszego dowodu jego niewinności niż fakt, że został skazany na zaledwie dziesięć lat więzienia, i to przez amerykańskich sędziów!* To, że amerykańska sprawiedliwość jest zaraźliwa, widać po niektórych naszych sędziach. Ale Berkman jest interesujący z innego powodu: legendy o powstaniu Czerwonych Marynarzy w Kronsztadzie!
Berkman, pracownik Piotrogrodzkiej Rady Żołnierzy i przyjaciel Zinowjewa, otrzymał od niego protokoły i telegramy dotyczące sprawy kronsztadzkiej. Berkman zażądał, aby ambasada rosyjska publicznie potwierdziła autentyczność tych dokumentów. Rosjanie nie odpowiedzieli. W skrócie, treść w punktach: Marynarze postawili ultimatum, żądając, aby Czeka zaprzestała kradzieży żywności głodującym mieszkańcom Piotrogrodu na dworcach kolejowych. W zamian zrzekli się swoich specjalnych racji żywnościowych jako elita rewolucji. Trocki zażądał rozbrojenia marynarzy. Zinowjew i Rykow nie odważyli się wystąpić przeciwko marynarzom. Trocki wysłał Stalina i Azjatów. 18 000 marynarzy zostało wymordowanych w Kronsztadzie. Powód: Nowy Program Polityczny Lenina (NEP) wzbudził obawy przed powstaniami; należało dać przykład.
Według badacza anarchizmu Jamesa Jolla, Alexander Berkman został skazany na 20 lat więzienia za usiłowanie zabójstwa amerykańskiego przemysłowca Henry'ego Claya Fricka.
Wywiad rzeka z Augustinem Souchym który pierwotnie ukazał się w języku niemieckim w piśmie der Spigel 17 kwietnia 1983 roku.
Augustin Souchy był wybitnym poliglotą i językowym samoukiem, który posługiwał się co najmniej ośmioma językami. Ze względu na swoje liczne podróże i działalność międzynarodową, uczył się języków krajów, w których akurat przebywał.Główne języki, którymi władał, pisał i w których publikował swoje książki oraz artykuły, to:
Niemiecki – jego język ojczysty (urodził się w Raciborzu na Górnym Śląsku).
Polski – pochodząc z Górnego Śląska, poprawnie i sprawnie władał językiem polskim.
Hiszpański – kluczowy w jego życiu; spędził wiele lat w Hiszpanii (podczas rewolucji i wojny domowej) oraz w Ameryce Łacińskiej (głównie w Meksyku).
Francuski – używany w pracy publicystycznej i podczas pobytów we Francji.
Angielski – wykorzystywany w działalności międzynarodowej i wykładach m.in. w USA.
Szwedzki – nauczył się go podczas emigracji i pobytu w Szwecji.
Duński – w tym języku również ukazywały się jego publikacje.
Jidysz – pisał i publikował teksty w tym języku dla anarchistycznej prasy żydowskiej.
Mimo śląskiego pochodzenia i biegłego władania językiem polskim żadna jego książka nie doczekała się jeszcze tłumaczenia w tym języku.
SPIEGEL: Panie Souchy, 72 lata temu został Pan po raz pierwszy aresztowany jako anarchista, wówczas przez żandarmerię cesarską. Dwukrotnie, w 1914 i 1933 roku, musiał Pan emigrować z Niemiec. Przebywał Pan w więzieniach w różnych krajach świata, a teraz, pod koniec wieku, nadal jest Pan anarchistą?
SOUCHY: Tak, nadal jestem anarchistą. Zgadzam się jednak z filozofem Immanuelem Kantem. Powiedział: „Anarchizm to prawo i wolność bez przemocy”.
SPIEGEL: Inni twierdzą inaczej. Dla większości Niemców „anarchia” jest synonimem nieporządku, chaosu, a w najlepszym razie bezprawia.
SOUCHY: To niestety prawda. To powszechne błędne przekonanie. Słowo „anarchia” w rzeczywistości pochodzi od greckiego przedrostka „a” i słowa „archos”, które nie oznacza „nieporządku”, ale raczej „braku rządów”, „wolności od rządów”. To, czego my, anarchiści, pragnęliśmy, nadal znajduje odzwierciedlenie w postulatach rewolucji francuskiej z 1789 roku.
SPIEGEL: Wolność, równość, braterstwo?
SOUCHY: Tak, tak jest napisane na francuskich monetach. Pierre Proudhon, francuski filozof znany jako „ojciec anarchii”, zdefiniował w 1864 roku, że anarchia to forma rządów, w której samo sumienie publiczne i prywatne wystarcza do utrzymania porządku i zagwarantowania wszelkich wolności.
SPIEGEL: Czyli nie będzie już partii politycznych, państwa, kościoła, wymiaru sprawiedliwości i policji?
SOUCHY: Anarchia to dobrowolny porządek, a nie wymuszone podporządkowanie. Władza jest szkodliwa, ponieważ z nią nigdy nie będzie wolnego społeczeństwa. Ale anarchizm to ruch społeczno-kulturowy , a nie partia polityczna dążąca do zdobycia władzy. Dlatego naturalnie zawiera w sobie różne nurty: indywidualistyczny, kolektywistyczny i komunistyczny.
SPIEGEL: Chyba nie masz czasu na egoizm indywidualistycznego anarchizmu? A może, jak jego prorok Max Stirner, powiedziałbyś: „Nic nie jest dla mnie ważniejsze niż ja sam. Każda wyższa istota, czy to Bóg, czy człowiek, osłabia poczucie mojej wyjątkowości”?
SOUCHY (śmiech): Tego cytatu nie należy brać dosłownie. Max Stirner musiał go napisać w młodości, około 1845 roku. Był nauczycielem w szkołach dla dziewcząt. Bardziej zgadzam się z księciem Piotrem Kropotkinem – słowo klucz: „Każdemu według jego potrzeb” – i z Bakuninem.
SPIEGEL: Również arystokrata, również Rosjanin.
SOUCHY: [Najważniejszy przeciwnik Karola Marksa] Anarchista Bakunin nie chciał jednak dyktatury, jak Marks, ale zniesienia proletariatu. Pragnął prawdziwie wolnego, nowego społeczeństwa, autonomicznych wspólnot i równości społecznej.
SPIEGEL: Powrót do Bakunina? Już w 1926 roku anarchista Herbert Wehner postulował taki krok. Jednak chciał powrócić do Bakunina dopiero w 1927 roku, kiedy to został etatowym funkcjonariuszem KPD (Komunistycznej Partii Niemiec).
SOUCHY: Znam go z tamtych berlińskich lat. Rozmawialiśmy o różnych sprawach. Wehner należał wtedy do „Stowarzyszenia Anarchistycznego” Ericha Mühsama. Bardzo się od tego czasu zmienił. (s. 225) Podobno zabrał ze sobą kasę, kiedy wstąpił do KPD.
SPIEGEL: Prawdopodobnie nie było tam zbyt wiele.
SOUCHY: Erich Mühsam był poetą i zawsze biednym człowiekiem, biednym i porządnym. Naziści zamordowali go w 1934 roku w obozie koncentracyjnym w Oranienburgu.
SPIEGEL: Czy zatem fakt, że polityczne znaczenie anarchizmu maleje od stu lat, nie wynika z faktu, że jego wybitni przedstawiciele nie byli dobrymi, charyzmatycznymi ludźmi?
SOUCHY: Nie można mówić tak ogólnie o „zstępującej spirali”. Pewne jest, że wybitni anarchiści – a znałem prawie wszystkich – byli w większości bardzo sympatycznymi ludźmi: skromnymi, optymistycznymi i oddanymi sprawie.
SPIEGEL: Jeśli idea wolności, równości, braterstwa jest tak wnikliwa, a jej zwolennicy godni miłości i sympatii, to dlaczego uważasz, że określenie „anarchista” jest nadużyciem, a anarchizm tak haniebny?
SOUCHY: Powodów jest kilka. Pod koniec ubiegłego wieku, zwłaszcza we Francji, anarchiści dopuszczali się zamachów. Jednym z nich był François Ravachol, człowiek stosujący przemoc.
SPIEGEL: Prowadzeni do gilotyny przed wielką publicznością, śpiewał bezczelną piosenkę przeciwko bogaczom i kościołowi, aż do ostatniego tchnienia.
SOUCHY: Taki właśnie był, Ravachol. Zmarł w 1892 roku. Znam tę datę tak dokładnie, ponieważ to mój rok urodzenia. W Niemczech w tamtym czasie właśnie uchylono ustawy antysocjalistyczne. Były one skierowane przeciwko „niebezpiecznej działalności socjaldemokracji” i zostały usprawiedliwione przez Bismarcka rzekomymi anarchistycznymi aktami przemocy wobec cesarza. W tamtym czasie nawet burmistrz Tschech był uważany za anarchistę – zupełnie niesłusznie.
(Ludwig Tschech, burmistrz powiatu poczdamskiego, poczuł się oszukany i pozbawiony emerytury, dlatego 26 lipca 1844 r. Postrzelił Fryderyka Wilhelma IV, który wyszedł z tego bez szwanku.) (Tschech został ścięty pięć miesięcy później.)
SPIEGEL: Prawie zabił króla, na oczach całej publiczności. Strzelił nawet do Pierwszej Damy przez spódnicę, prosto w jej bieliznę.
SOUCHY: No cóż... Naprawdę: Ravachol i inni zabójcy budzili silną fascynację niektórych ludzi, podobnie jak grupa Baader-Meinhof kilka lat temu.
SPIEGEL: Czy byli anarchistami?
SOUCHY: Nie, nie byli. Byli marksistami i leninistami. Mam tu ich program. Sami deklarowali: „Nie jesteśmy anarchistami”. Niemniej jednak, często, wbrew wszelkiemu rozsądkowi, próbowano nazwać tych rozwścieczonych synów i córki burżuazji „anarchistami”.
SPIEGEL: Wbrew rozsądkowi? Czy ma pan na myśli ówczesnego kanclerza Willy'ego Brandta?
SOUCHY: Niestety, tak. Znam Brandta od 1936 roku, od czasów hiszpańskiej wojny domowej. Wie, kim są anarchiści. Napisałem do niego w sprawie jego uwagi dotyczącej „anarchistów z Baader-Meinhof”, ale niestety udzielił mi wymijającej odpowiedzi.
SPIEGEL: Pan sam, panie Souchy, jest dumny z tego, że nigdy osobiście nie użył przemocy. Ale w historii byli niezaprzeczalnie anarchistyczni sprawcy przemocy, w tym zabójcy.
SOUCHY: Tak, istnieją. Spośród tysięcy anarchistów, których spotkałem w swoim długim życiu, było ich trzech: Alexander Berkman, Simon Radowicki i Buenaventura Durruti.
Berkman przeprowadził zamach na dyrektora fabryki Fricka w Pittsburghu w USA, który zasugerował udział strajkujących robotników; w ataku zginęło jedenaście osób. Dyrektor, nawiasem mówiąc, został jedynie lekko ranny, a Berkman został skazany na 20 lat więzienia.
Radowicki rzucił bombę domowej roboty w samochód szefa policji Buenos Aires Falcona, na którego rozkaz zastrzelono ośmiu uczestników demonstracji pierwszomajowej. Nawet prasa głównego nurtu domagała się ukarania Falcona – bezskutecznie.
Durruti był najbardziej znanym na świecie bojownikiem walczącym z hiszpańskimi dyktaturami, od Primo de Rivery do Franco, począwszy od lat 20. XX wieku. Ten opór nie zawsze był pokojowy. Oskarżano go również o zamachy, w których nie brał udziału.
Zginął w hiszpańskiej wojnie domowej w 1936 roku. Nawiasem mówiąc, Durruti mieszkał kiedyś ze mną w Berlinie.
Wszyscy trzej, o których mówię, chcieli ukarać winnych, którzy uniknęli sprawiedliwości pomimo popełnionych przestępstw. Ci trzej nie byli złymi ludźmi. Ryzykowali własne życie dla sprawiedliwości.
SPIEGEL: Czy możliwe jest, że relacja między anarchizmem a przemocą obróciła się w świadomości społecznej przeciwko anarchizmowi?
SOUCHY: Przemoc i anarchizm same w sobie nie mają ze sobą nic wspólnego. Anarchizm można sobie wyobrazić jedynie jako bezprzemocowy. Anarchizm to prawo i porządek bez przemocy. Przemoc może być użyta do obalenia i wyeliminowania istniejącego porządku. Przemoc może być również użyta do ustanowienia nowego porządku, ale przemoc nie może stworzyć wolnego społeczeństwa. Jeśli przemoc jest używana w tym celu, społeczeństwo przestaje być wolne. Przemoc jest przymusem, a przymus jest antytezą wolności. Oczywiście, w ciągu ostatnich stu lat ci u władzy zrobili wszystko, co w ich mocy, poprzez propagandę i kampanie ogłupiania, aby odwrócić prawdziwe znaczenie idei anarchistycznej – mianowicie wolność – w świadomości społecznej, przekształcając je w jej przeciwieństwo: chaos i przemoc.
SPIEGEL: Czy uważa Pan, że można odrzucać i zwalczać tak zaciekle ideę anarchistyczną również dlatego, że całkowicie neguje ona konieczność dominacji?
SOUCHY: Można tak powiedzieć. Dla tych, którzy mają władzę, to najgorsza rzecz.
SPIEGEL: Ci, którzy sprawowali władzę, przynajmniej w wielkiej epoce anarchizmu, musieli obawiać się nie tylko utraty władzy, ale i życia. Niejedna rewolucja rozdzierała serca królów.
SOUCHY: W tym stuleciu doświadczyłem kilku rewolucji, niektóre bardzo blisko. W pierwszych dekadach życia wierzyłem we wszechmoc rewolucji; później poznałem jej ograniczenia.
SPIEGEL: Nazywano Pana „badaczem rewolucji”, prawdopodobnie dlatego, że wielokrotnie analizował Pan treść, znaczenie i przebieg rewolucji.
SOUCHY: Rewolucje fascynowały mnie z wielu powodów. Dziś wiem, że rewolucja wybucha, gdy warunki polityczne, ekonomiczne, społeczne lub narodowe stają się nie do zniesienia i poruszają duszę narodu. Głębia i czas trwania rewolucji są nieprzewidywalne, a zatem i jej historyczne znaczenie. Żadna rewolucja nie jest w stanie raz na zawsze wykorzenić wszystkich bolączek społecznych. Weźmy na przykład wielką rewolucję francuską z 1789 roku. Zniosła ona feudalizm i monarchię absolutną, ale nie zdołała zapobiec powstaniu wyzyskującego, prywatnego kapitalizmu.
SPIEGEL: A w 1917 roku Pańskie marzenia nie spełniły się także w Piotrogrodzie i Moskwie?
SOUCHY: Nie. My, anarchiści, mieliśmy wówczas nadzieję, że rewolucja rosyjska zapoczątkuje nową erę, ale okazało się to dla nas gorzkim rozczarowaniem. Chociaż carat został obalony, nowi władcy wkrótce ustanowili państwowo-kapitalistyczną hierarchiczną dyktaturę i państwo policyjne, w którym ludzie do dziś są pozbawieni wszelkich swobód i w którym utrzymują się nierówności społeczne.
SPIEGEL: Czyli według Pana rewolucje nie są, jak mówił Karl Marks, lokomotywą historii?
SOUCHY: Gwałtowna rewolucja może obalić autorytarny reżim i utorować drogę dla bardziej wolnych form społeczeństwa. Kiedy nadchodzi rewolucja, wiele może się szybko zmienić. Jest to konieczne tam, gdzie nie ma demokracji ani innych sposobów na obalenie dyktatury.
SPIEGEL: Zatem z punktu widzenia anarchisty rewolucja w krajach zachodnich, w tym w Republice Federalnej Niemiec, nie byłaby konieczna?
SOUCHY: Przede wszystkim, to niemożliwe. Psychika narodu nie jest w stanie chaosu, nie ma rewolucyjnych energii zbiorowych, nie ma klimatu rewolucyjnego.
SPIEGEL: Czy uznałby Pan rewolucję za pożądaną?
SOUCHY: To zależy. Trzeba zadać sobie pytanie, czy nowe społeczeństwo zrealizuje ideały, które sobie wyobraziliśmy?
SPIEGEL: Myślisz, że tak?
SOUCHY: To będzie trudne. Rewolucje nie są jedynym ważnym czynnikiem w historii. Czasami ewolucja jest równie istotna. Osiągnięcia rewolucji są zawsze zagrożone. Postęp ewolucyjny nie ma prawdziwie silnych przeciwników; jest zatem bezpieczniejszy niż postęp poprzez rewolucję.
SPIEGEL: Jakie jest Pana zdanie na temat wpływu wojska i wojny na rewolucję?
SOUCHY: Kiedy kraj przegrywa wojnę, rewolucja jest bardziej prawdopodobna. Gdyby Niemcy wygrały I wojnę światową, Hohenzollernowie nadal byliby u władzy, tak jak monarchowie w Anglii, Belgii czy Skandynawii. Po przegranej wojnie niezadowoleni są nie tylko robotnicy, ale także nacjonaliści. Tego uczy nas historia.
SPIEGEL: Czy historia uczy nas również, które kraje potrzebują teraz rewolucji?
SOUCHY: Być może w Rosji. Mam na myśli: wszędzie tam, gdzie istnieje reżim, który nie sprawuje władzy z woli ludu i nie rezygnuje dobrowolnie. Ale kapitalizmu państwowego w Rosji nie da się obalić, ustanawiając nowy rząd odgórnie. Muszą to zrobić robotnicy oddolnie.
SPIEGEL: Po raz pierwszy spotkał Pan Lenina w Sztokholmie w 1917 roku, kiedy podróżował ze Szwajcarii do Rosji z pomocą niemieckiego Sztabu Generalnego. Ale relacje między Leninem a Panem ożywiły się dopiero w 1920 roku.
SOUCHY: Zgadza się. Latem 1920 roku uczestniczyłem w II Kongresie III Międzynarodówki w Moskwie jako delegat niemieckich anarchosyndykalistów. Wszyscy, zarówno komuniści, jak i anarchiści, wierzyliśmy wówczas, że rewolucja światowa jest, że tak powiem, tuż za rogiem. Ale istniały między nami żywe rozbieżności co do tego, jak ta rewolucja powinna zostać przeprowadzona.
Lenin...
SPIEGEL: Jakim człowiekiem był Lenin?
SOUCHY: Był przyjazny, ale bardzo zdeterminowany. Nie był porywającym mówcą. Zawsze jednak odnosiło się wrażenie, że dokładnie wiedział, czego chce. Dla mnie, nawet w 1920 roku, wydawał się nieco sztywny, jak ktoś u władzy.
SPIEGEL: Czy to prawda, że wezwał pana na Kreml, żeby pana zrugać?
SOUCHY: My, młodsi, miałem wtedy 28 lat, cierpieliśmy, według Lenina, na „ideologiczne choroby wieku dziecięcego”. Chciał przekonać nas, anarchistów, że socjalizm nie może zwyciężyć bez przejęcia władzy przez komunistów i bez dyktatury proletariatu. Lenin powiedział mi, że środki produkcji muszą zostać bezwzględnie znacjonalizowane, a przedsiębiorstwa przejęte przez robotników muszą zostać poddane ścisłemu, centralnemu zarządzaniu.
SPIEGEL: A pan z kolei opowiadał się za „całą władzą w ręce rad”?
SOUCHY: Tak. Wtedy istniała możliwość kolektywnej produkcji, co oznaczało samostanowienie producenta o swoich produktach. Ale komuniści znacjonalizowali wszystko i teraz w Związku Radzieckim jest mniej wolności niż w Stanach Zjednoczonych. To konsekwencja tego cholernego „centralizmu demokratycznego”.
SPIEGEL: Ale kiedy był Pan w Moskwie w 1920 roku, Lenin chciał również zintegrować „najlepsze aspekty anarchizmu”. To się nie udało?
SOUCHY: Nie. Byłem przeciw. Byłem w Rosji od kwietnia do listopada 1920 roku i dokładnie się tam rozejrzałem. Rady robotnicze, czyli „Sowiety”, nie miały absolutnie żadnych praw. Wszystkie warunki pracy, wszystkie płace, były centralnie ustalane przez Ministerstwo, a oczywiście produkcja była jeszcze bardziej. „Sowietom” wolno było robić tylko bardzo drugorzędne rzeczy, takie jak wydawanie kartek żywnościowych w fabrykach i tym podobne.
Bezpośrednio po upadku caratu warunki dla liberalnego socjalizmu były w istocie dość sprzyjające. Nawet w 1921 roku kurs mógł ulec zmianie: gdyby marynarze z Kronsztadu, wraz z lewicowymi eserowcami, maksymalistami i anarchistami, odnieśli zwycięstwo, Rosja byłaby dziś prawdopodobnie autentyczną republiką radziecką. Z autonomiczną gospodarką kolektywną, z wolnością polityczną – i bez hańby obozów pracy, więzień i zakładów psychiatrycznych dla przeciwników reżimu.
Zapobiegły temu partie kadrowe Lenina i Stalina. Zawsze jest tak samo: zdobycie władzy politycznej przez partię nie prowadzi do wyzwolenia proletariatu, lecz do powstania nowej elity rządzącej.
SPIEGEL: Czyli, Pana zdaniem, polscy robotnicy są na dobrej drodze?
SOUCHY: Działalność Solidarności niewątpliwie zbliża się do anarchosyndykalizmu. Ruch ten nie poprzestaje na walce o lepsze warunki życia dla pracowników; związki zawodowe w fabrykach powinny być zalążkiem budowy nowego społeczeństwa, a tego właśnie Solidarność pragnie teraz również w Polsce.
SPIEGEL: Czy daje Pan polskim pracownikom realną szansę?
SOUCHY: To zależy od Rosji. Ale Rosja na to nie pozwoli.
SPIEGEL: Czy wierzy Pan, że zmiany w samej Rosji w kierunku liberalnego socjalizmu są możliwe?
SOUCHY: Tak – za sto lat. Trzeba wziąć pod uwagę: Rosja nigdy nie miała demokracji burżuazyjnej. Dziś Rosja reprezentuje to, czym kiedyś były Prusy – państwo wojskowe. Gospodarczo imperium pozostaje daleko w tyle za innymi. Ale jeśli to się wkrótce nie zmieni, niezadowolenie nastanie również tam. Nie jestem prorokiem; nie mogę powiedzieć, kiedy. Ale jestem pewien, że nie będzie tak zawsze.
SPIEGEL: „Wielki nie pozostaje wielki, ani mały małym” – pocieszał się kiedyś Bertolt Brecht – „noc ma dwanaście godzin, potem nadchodzi dzień”. Czy pan, jako anarchista, nie zastanawia się nad tym, czy pańskie idee i ideały nie są wciąż spowite mrokiem, podczas gdy partie marksistowsko-centralistyczne rosną w siłę na całym świecie, dochodzą do władzy i tworzą historię?
SOUCHY: Anarchizm nie uchyla się od odpowiedzialności społecznej. Jego sferą nie jest jednak praktykowanie, lecz krytyka dominacji. Wyjątkowość i znaczenie anarchistów dla postępu tkwi właśnie w ich odmowie udziału w praktycznej polityce, gdyż wówczas sami staliby się skorumpowani. Proletariacka świadomość klasowa, w połączeniu z myśleniem elitarnym, osiąga punkt kulminacyjny w leninowskim centralizmie demokratycznym. A to jest zatruty kielich dla klasy robotniczej. Wolność bez socjalizmu prowadzi do wyzysku, socjalizm bez wolności do ucisku.
SPIEGEL: Dlaczego, Pana zdaniem, coraz mniej robotników postrzega to w ten sposób? Kiedy był Pan młody, w Europie Zachodniej istniały jeszcze miliony anarchistów; w latach dwudziestych XX wieku anarchistyczny magazyn „Der Syndikalist”...
SOUCHY: ...którego byłem redaktorem] ...
SPIEGEL: ...nakład wciąż wynosił 120 000 egzemplarzy, a teraz, w 1983 roku, można było spokojnie zgromadzić w swoim mieszkaniu wszystkich niemieckich anarchistów-robotników. Jak to możliwe?
SOUCHY: Ze wszystkich rewolucjonistów, anarchiści byli zawsze najbardziej bezlitośnie prześladowani przez klasy rządzące, wszędzie. Co więcej, rubel i dolar zawsze współdziałały przeciwko anarchistom. W Niemczech po 1945 roku odbudowa organizacji anarchistycznych, na przykład anarcho-syndykalistycznych związków zawodowych, była również niemożliwa, ponieważ była po prostu zabroniona przez władze okupacyjne.
SPIEGEL: We Francji, Włoszech, a nawet w Hiszpanii idee anarchistyczne również spotkały się z odrzuceniem.
SOUCHY: Zgadza się. Ale nie można zapominać, że jeden z najważniejszych liberalnych eksperymentów społecznych XX wieku zakończył się sukcesem podczas hiszpańskiej wojny domowej.
SPIEGEL: Ma Pan na myśli krótkie lato anarchii opisane przez Hansa-Magnusa Enzensbergera, kiedy w niektórych regionach Hiszpanii dobrowolnie zniesiono wszelkie pieniądze, wprowadzono gospodarkę kolektywną, a przedsiębiorstwami zarządzali wspólnie wszyscy pracownicy?
SOUCHY: Byłem w Hiszpanii przez całą hiszpańską wojnę domową, więc doświadczyłem wszystkiego z pierwszej ręki. Rzeczywiście, zasady sprawiedliwości społecznej i wolności osobistej zostały wcielone w życie, przynajmniej tymczasowo. Wszystko funkcjonowało bez praw, bez dekretów państwowych, bez zewnętrznego przymusu. Ponieważ antagonizm między kapitałem a pracą również został zniesiony, podziały społeczne zniknęły.
SPIEGEL: Czy nie romantyzuje Pan trochę swoich wspomnień?
SOUCHY: Nie mam na to ochoty. Oczywiście, były trudności. Jako anarchosyndykaliści uczestniczyliśmy w rządzie, ale wyrzekliśmy się dyktatury. Nawet tam, gdzie anarchiści byli zmuszani do pełnienia obowiązków policyjnych, nie stali się autorytarni.
Wciąż żywo pamiętam, jak anarchista Eroles, będąc szefem policji w Barcelonie, rozstrzygnął spór o to, kto może pracować jako uliczny sprzedawca, poprzez jedno zgromadzenie ogólne związków zawodowych. Jak można było to zrobić inaczej? Zasada niestosowania przemocy jest nieodłączną cechą anarchizmu; wszak braku dominacji nie da się wymusić siłą. Dlatego anarchizm jest zawsze pluralistyczny.
SPIEGEL: Czy to może być powód, dla którego niektóre idee anarchistyczne znalazły obecnie schronienie w innych ruchach społecznych?
SOUCHY: Większość krajów, w tym Niemcy, jest daleka od naszych ideałów, a mianowicie samostanowienia jednostki, prawa producenta do kontrolowania produkcji i autonomii społeczności. Ale istnieją dziś ruchy, które zawierają wiele elementów anarchistycznych. Wystarczy pomyśleć o młodych Niemcach, o scenie alternatywnej.
SPIEGEL: W niedawnym reprezentatywnym badaniu 15 procent studentów określiło siebie jako „anarcho-socjalistów”.
SOUCHY: 15 procent? To by było, jeśli ekstrapolować, około 150 000.
SPIEGEL: Czy to dodaje panu odwagi?
SOUCHY: W młodości wierzyłem w tysiącletnie panowanie wolności, równości i braterstwa i wierzyłem, że dożyję jego świtu. Dziś wiem, że wahadło historii waha się między dwoma przeciwstawnymi biegunami: autorytetem i wolnością. Na długiej drodze do wolności, szczególnie młodzi ludzie mają za zadanie walczyć o jak najwięcej wolności częściowych.
SPIEGEL: Jak Pan sądzi – czy ogólnie rzecz biorąc dokonuje się jakiś postęp?
SOUCHY: Ogólnie rzecz biorąc: Tak. Pomyślmy tylko, że dziś nie ma już „schodów dla szlachty”, że praca dzieci została zniesiona, że nawet bezrobotni nie głodują, a kobiety osiągnęły równość. Cieszy również to, że Partia Zielonych i Partia Alternatywna przynajmniej starają się zapewnić swoim funkcjonariuszom możliwość wyboru, odwołania i rozliczania, że wybierani urzędnicy nie powinni zarabiać więcej niż przeciętny obywatel i że nie powinni stawać się zawodowymi politykami.
SPIEGEL: Czy anarchista powinien działać w parlamencie?
SOUCHY: Nie, nie wezmę w tym udziału. Po kilku latach w parlamencie, taki człowiek podąża tymi samymi utartymi ścieżkami, co wszyscy inni.
SPIEGEL: A zatem nie jest to demokracja przedstawicielska, lecz demokracja oddolna.
SOUCHY: Tak, jestem za.
SPIEGEL: Małe jest piękne?
SOUCHY: Tak.
SPIEGEL: Ale państwo, które anarchiści tak naprawdę chcieli „zniszczyć”, a Fryderyk Engels pragnął jego "obumarcia" , staje się coraz potężniejsze wszędzie.
SOUCHY: Cóż, przynajmniej liczba policjantów stale rośnie. Ale to tylko jeden trend. Drugim jest to, że ludzkie postulaty, za którymi my, anarchiści, zawsze się opowiadaliśmy – a mianowicie dobrobyt dla wszystkich, wolność dla każdego i poszanowanie godności ludzkiej – nie są już wszędzie tak cynicznie łamane przez rządzących i rządy, jak kiedyś.
SPIEGEL: Ludzkość potrzebuje zatem wyjątkowo długotrwałej postawy, aby w końcu doświadczyć anarchii – czy o to ci chodzi?
SOUCHY: Tak. Kiedyś myślałem w perspektywie dziesięciu lat, teraz myślę w perspektywie stuleci.
SPIEGEL: Czy to kwestia wieku czy poglądów politycznych?
SOUCHY: Jedno i drugie. Trzeba być realistą, choć anarchizm jako ideał społeczny naturalnie ma również cechy utopijne. Dlatego nie da się go zrealizować w ciągu kilku dekad. Ja sam nie dożyję anarchii. Ale pozostaje ona długoterminowym celem ludzkości: porządek bez przemocy zamiast zorganizowanej przemocy.
Małopolscy policjanci zatrzymali dwóch podejrzewanych o podpalenia lokalu gastronomicznego w Andrychowie, do których doszło 24 kwietnia oraz 9 maja 2026 roku. W działania zaangażowani byli funkcjonariusze pionu kryminalnego z Komenda Wojewódzka Policji w Krakowie oraz policjanci z Andrychowa.
Jak informuje Policja, wczoraj (11 maja) na terenie powiatu oświęcimskiego zatrzymano jednego z podejrzanych — 20-letniego mężczyznę. Dziś nad ranem na terenie powiatu legionowskiego policjanci zatrzymali również 16-latka.
Młodzież Wszechpolska skorzystała z okazji i kłamliwie przedstawiła Łódzki Marsz Antyrasistowski z okazji Międzynarodowego Dnia Walki z Rasizmem.
Jedna z grup idących na łódzkim marszu skandowała hasło "NAZIOLE WY CH**E , ANTIFA WAS WYMORDUJE" .
MW a za nią portal Magna Polonia zaczęły powielać oskarżenia jakoby skandowano hasła wymierzone w katolików.
W ten sposób wszechpolacy zrównali wszystkich wyznawców katolicyzmu z fanatykami Adolfa Hitlera.