Ja bym był bliższy bardziej ogólnemu zaleceniu, żeby omijać w miarę możliwości usługi scentralizowane bo faktyczna decentralizacja (+ oczywiście wolne oprogramowanie pod spodem) w dużym stopniu implikuje, że żadnego powiązania/współpracy z rządem nie ma, nawet jeśli w jakieś formie było finansowane z publicznych pieniędzy.
Hmm, TOR (chociaż nie komunikator) ma finansowe powiązania z rządem USA (Departament Stanu, DARPA), chyba przydaje im się do komunikacji ze szpiegami i opozycją w krajach z poblokowanym internetem. Służby różnych państw, np. Niemiec, zarządzają dużą liczbą exit node'ów w sieci TOR, zbierając dane (to nie jest problem jeśli używasz TOR prawidłowo). Mimo tego jest to projekt otwartoźródłowy i cieszy się szerokim zaufaniem.
Moim zdaniem lepiej jest spojrzeć na warstwę technologiczną. Telegram nie jest szyfrowany ani anonimowy, ktokolwiek ma dostęp do serwerów ma dostęp do wiadomości i danych użytkowników.
Żeby zdeanonimizować kogoś w TORze, służby państwa (czy inna złośliwa organizacja) musiałyby kontrolować wszystkie węzły sieci pomiędzy tobą a docelowym serwerem, a algorytm który je wybiera to utrudnia. Wpadają zazwyczaj ludzie którzy w jakiś sposób powiązali swoją tożsamość w odkrytym internecie z aktywnością w sieci TOR.
Niezupełnie. Żeby zdeanonimizować kogoś korzystającego z sieci Tor można na kilka sposobów, żaden z nich nie jest łatwy.
Jeden z nich to kontrola tych wszystkich węzłów sieci pomiędzy Tobą a docelowym serwerem (czyli na ścieżce, "circuit). "Algorytm", który je wybiera, jest losowy, a zmienić tę ścieżkę można trywialnie w przeglądarce Tor, więc taka deanonimizacja jest bardzo trudna.
Druga opcja: obserwacja ruchu na obu końcach połączenia. Jeśli hipotetycznie ktoś mógłby obserwować cały ruch w Internecie, albo np. cały ruch w Internecie na danym terenie, to wielkość i czas transmisji pakietów danych przez sieć Tor mogłaby być wykorzystana do deanonimizacji konkretnych osób. Bardzo trudne; wymaga możliwości obserwacji całego ruchu w Internecie, albo przynajmniej całego ruchu na danym obszarze (np. osoba w Polsce używająca Tora do wejścia na stronę hostowaną w Polsce); plus, wymaga, by osoba korzystająca z Tora akurat wysyłała czy odbierała na tyle dużo danych, by to było jakoś możliwe do zidentyfikowania w normalnym ruchu.
Trzecia opcja: kontrola ponad połowy węzłów sieci Tor. Możliwe by było wtedy w miarę skuteczne deanonimizowanie osób korzystających, bo byłaby spora szansa, że w każdej ścieżce (trzy węzły) byłyby przynajmniej dwa węzły kontrolowane przez instytucję próbującą zdeanonimizować ruch. Bardzo trudne, bo instytucji mogących chcieć zdeanonimizować ruch jest bardzo dużo: służby amerykańskie, europejskie, rosyjskie, chińskie, i tak dalej. Więc jeśli przynajmniej dwie z nich próbują uzyskać taką możliwość deanonimizacji odpalając nowe węzły by osiągnąć te ponad 50% węzłów, to żadna nigdy tego nie osiągnie – istnieją przecież węzły niezależne.
To wszystko spore uproszczenie, ale tak to mniej-więcej wygląda.
Wpadają zazwyczaj ludzie którzy w jakiś sposób powiązali swoją tożsamość w odkrytym internecie z aktywnością w sieci TOR.
To się w pełni zgadza. O ile nie jesteśmy kimś, kogo służby chcą śledzić na tyle mocno, że poświęcą na to śledzenie konkretnie nas naprawdę ogromnych środków, prawdziwym problemem jest przypadkowa deanonimizacja dzięki jakiejś głupocie, którą zrobimy sami.
Nie chodzi o możliwości przetwarzania czy analizy danych, tylko w ogóle o dostęp do tych danych. By monitorować całą sieć trzeba fizycznie mieć dostęp do większości punktów składających się na daną sieć.
15 replies
Ja tylko przypomnę, że istnieją rozwiązania typu rocketchat czy nawet dziadek IRC.
IRC nawet nie ma nawet TLS domyślnie, twój dostawca internetu może czytać wiadomości bez żadnego problemu.
Jak nie ustawisz to nie ma. Nikt nie zabrania skonfigurować serwera IRC tak by akceptował tylko ruch szyfrowany.
Imo należy omijać każdego komunikatora, który ma w swojej historii współpracę lub powiązania z jakimkolwiek rządem
Ja bym był bliższy bardziej ogólnemu zaleceniu, żeby omijać w miarę możliwości usługi scentralizowane bo faktyczna decentralizacja (+ oczywiście wolne oprogramowanie pod spodem) w dużym stopniu implikuje, że żadnego powiązania/współpracy z rządem nie ma, nawet jeśli w jakieś formie było finansowane z publicznych pieniędzy.
Hmm, TOR (chociaż nie komunikator) ma finansowe powiązania z rządem USA (Departament Stanu, DARPA), chyba przydaje im się do komunikacji ze szpiegami i opozycją w krajach z poblokowanym internetem. Służby różnych państw, np. Niemiec, zarządzają dużą liczbą exit node'ów w sieci TOR, zbierając dane (to nie jest problem jeśli używasz TOR prawidłowo). Mimo tego jest to projekt otwartoźródłowy i cieszy się szerokim zaufaniem.
Moim zdaniem lepiej jest spojrzeć na warstwę technologiczną. Telegram nie jest szyfrowany ani anonimowy, ktokolwiek ma dostęp do serwerów ma dostęp do wiadomości i danych użytkowników.
Ja szczerze mówiąc specjalnie TORowi nie ufam, ale nie jestem mocno techniczna.
Żeby zdeanonimizować kogoś w TORze, służby państwa (czy inna złośliwa organizacja) musiałyby kontrolować wszystkie węzły sieci pomiędzy tobą a docelowym serwerem, a algorytm który je wybiera to utrudnia. Wpadają zazwyczaj ludzie którzy w jakiś sposób powiązali swoją tożsamość w odkrytym internecie z aktywnością w sieci TOR.
Niezupełnie. Żeby zdeanonimizować kogoś korzystającego z sieci Tor można na kilka sposobów, żaden z nich nie jest łatwy.
Jeden z nich to kontrola tych wszystkich węzłów sieci pomiędzy Tobą a docelowym serwerem (czyli na ścieżce, "circuit). "Algorytm", który je wybiera, jest losowy, a zmienić tę ścieżkę można trywialnie w przeglądarce Tor, więc taka deanonimizacja jest bardzo trudna.
Druga opcja: obserwacja ruchu na obu końcach połączenia. Jeśli hipotetycznie ktoś mógłby obserwować cały ruch w Internecie, albo np. cały ruch w Internecie na danym terenie, to wielkość i czas transmisji pakietów danych przez sieć Tor mogłaby być wykorzystana do deanonimizacji konkretnych osób. Bardzo trudne; wymaga możliwości obserwacji całego ruchu w Internecie, albo przynajmniej całego ruchu na danym obszarze (np. osoba w Polsce używająca Tora do wejścia na stronę hostowaną w Polsce); plus, wymaga, by osoba korzystająca z Tora akurat wysyłała czy odbierała na tyle dużo danych, by to było jakoś możliwe do zidentyfikowania w normalnym ruchu.
Trzecia opcja: kontrola ponad połowy węzłów sieci Tor. Możliwe by było wtedy w miarę skuteczne deanonimizowanie osób korzystających, bo byłaby spora szansa, że w każdej ścieżce (trzy węzły) byłyby przynajmniej dwa węzły kontrolowane przez instytucję próbującą zdeanonimizować ruch. Bardzo trudne, bo instytucji mogących chcieć zdeanonimizować ruch jest bardzo dużo: służby amerykańskie, europejskie, rosyjskie, chińskie, i tak dalej. Więc jeśli przynajmniej dwie z nich próbują uzyskać taką możliwość deanonimizacji odpalając nowe węzły by osiągnąć te ponad 50% węzłów, to żadna nigdy tego nie osiągnie – istnieją przecież węzły niezależne.
To wszystko spore uproszczenie, ale tak to mniej-więcej wygląda.
To się w pełni zgadza. O ile nie jesteśmy kimś, kogo służby chcą śledzić na tyle mocno, że poświęcą na to śledzenie konkretnie nas naprawdę ogromnych środków, prawdziwym problemem jest przypadkowa deanonimizacja dzięki jakiejś głupocie, którą zrobimy sami.
A czy np. AI nie może monitorować o wiele większego zasobu sieciowego niż człowiek?
To zdanie nie ma sensu.
Nie chodzi o możliwości przetwarzania czy analizy danych, tylko w ogóle o dostęp do tych danych. By monitorować całą sieć trzeba fizycznie mieć dostęp do większości punktów składających się na daną sieć.
Chyba że o to chodzi.